Daily Archives: November 7, 2018

Chałupka.

               Po prawie trzytygodniowej nieobecności jestem w domu. Nareszcie. Trochę się dziwię jak bardzo się za ta moją chałupką stęskniłam. Aktualnie podoba mi się u nas wszystko. Nawet kurz na meblach, ale wiem, że to tylko do czasu. Pewnie już niedługo zacznę kombinować co by tu zmienić. Zaległości domowe tak narosły, że w niedzielę oboje zauważyliśmy brak czystych majtek.

„Na niebotycznym modrzewiu,
modrzewiu o lekkich włosach,
który się w światła zarzewiu
kołysze, i w złotych rosach

wisi ptaszęce gniazdko –
gniazdko, skorupka orzecha –
domek, nad drzwiami strzecha,
strzecha ze słońca gwiazdką.

Wysoko, wysoko, wyżej,
wyżej, niż sięgnie drabina,
niż człowiek sam się wspina,
czerni się domek w mgle ryżej”.

                         (MPJ of course)

              Wyjazdy się udały, ale rzecz jasna mój gościec nie jest nimi zachwycony. Gupek jeden. Na uroczystym obiedzie na cześć mojej mamy spotkałam jakieś 100 lat niewidziane kuzynki. Pogadałyśmy trochę i pożartowałyśmy, a one potem, dwa dni później poskarżyły się solidarnie mamie, że je upokorzyłam. Ja? Czym? Ano tym, że specjalnie i złośliwie używałam w rozmowie zbyt wielu trudnych i skomplikowanych słów, aby niczego nie zrozumiały. No Matko Boska. Do dzisiaj jestem w szoku. A może to, pomimo wszystko, komplement?

            Druga część wyjazdu to przyjazne chociaż zimne jak diabli Morze Północne. Patrzyłam sobie na fale z sentymentem, gdyż dwa miesiące temu podziwiałam zupełnie inne morze, zupełnie gdzie indziej. I nie mam pojęcia dlaczego mnie to wzrusza. Chyba na starość robię się coraz bardziej i bardziej melodramatyczna. Tak nas wywiało w tej Zelandii, że oboje wróciliśmy solidnie przeziębieni. Zyskaliśmy w tej Holandii 1 godzinę z powodu powrotu do mojego ukochanego zimowego czasu.

Zdycham zresztą do tej pory.

No to sobie idę spokojnie pozdychać. W CISZY.