Smutek w rodzinie męża i także u nas. Dwa tygodnie temu zmarł mąż jego siostry. Jeszcze do polowy marca funkcjonował całkiem normalnie. W tymże marcu straszny ból kręgosłupa spowodował, że wylądował w szpitalu. Po wszelkich badaniach okazało się, że prawie wszystkie organy wewnętrzne wraz z kręgosłupem właśnie zostały pożarte przez raka. Dokładnie 4 miesiące później już nie żył.
Cudu prawie dokonała Jego żona Marianna. W stanie praktycznie agonalnym sprowadziła Go do domu zapewniając Mu tam opiekę paliatywną. Edward zmarł, pomimo końskich dawek morfiny, w cierpieniach, ale we własnym łóżku i w otoczeniu kobiet, które bardzo kochał: żony i córki. Ot, co znaczy potęga miłości. Chapeau bas.