Hura.

hURA;

 

Dzisiaj, jak co roku zresztą, będę świętować. A jest !+%¨^&=:#µ] co.

                       Niech żyje ból, ból i jeszcze raz ból. Niech żyją nieprzespane noce, zniekształcenia i operacje. Niech żyją połykane kilogramy lekarstw. I nich w końcu żyje depresja, zmarnowana szansa na pożyteczne życie, bezsilność i zależność od innych…. .


                        Dzisiaj, tradycyjnie, odbędzie się przyjęcie. Wpadnie, zwyczajowo już, Barack (bez Michelle), Georges (bez Amal), tutejszy król Filip (bez Mathilde) oraz inni. Mile widziany jest Donald T. (czytaj Tusk).
Małgorzata jest zdaje się daleko. I dobrze. Nikt jej tutaj nie widział i o niej nie słyszał. I tak trzymać.

                    Baby niech siedzą w domu. Jedyny wyjątek zrobiłabym bardzo chętnie dla Angeli. Szkoda, że zajęta. No cóż, nie można w życiu mieć wszystkiego, a raczej wszystkich.

William i Harry nie są niestety avaible dzisiaj wieczorem.
Będzie Roger, a Mirka zostanie z dziećmi.

                 Kancelarie walczyły o zaproszenia dla Jarosława, Andrzeja i Vladimira, ale odmówiłam. Stanowczo.
Nie mogę się doczekać na życzenia i prezenty. Już w wyobraźni widzę lejący się szampan, perły i diamenty. Ha;)

Dzisiaj, jak co roku zresztą, będę świętować. A jest !+%¨^&=:#µ] co.



Niedźwiedzica.

Niedzwiedzica. Tak bardzo bym chciała

 Jak ten niedźwiadek

 Z zimowego snu

 Się nie obudzić.

  Przespać jeszcze parę       miesięcy.


  Wygrzać się w norce

 Otulić kołdrą

 Pośnić troszeczkę

 I przytulić się

Do starego niedźwiedzia

 

Szepnąć

Mu czule do ucha

Pogłaskać

I pomarudzić.

 

Trzeci światowej sławy…..

„Jeden światowej sławy neurochirurg twierdzi, że i owszem należy operować mój kręgosłup. Istnieje wprawdzie ryzyko (ale podczas jakiego zabiegu go nie ma?), ale sytuacja po operacji powinna się poprawić. Z naciskiem na powinna.


                        Inny światowej sławy neurochirurg również uważany za autorytet w tej dziedzinie twierdzi, że  tego typu operacja jest zbyt ryzykowna i on, będąc na moim miejscu, tego ryzyka by nie podjął.

No i bądź tu człowieku mądry.


A pacjent, PACJENT co ma zrobić?”

 

To nic innego jak tylko mój wpis z listopada ubiegłego roku.

 

                 No to teraz trzeci światowej sławy neurochirurg twierdzi, że i owszem operować MOŻNA, ale ryzyko jest bardzo, ale to bardzo duże. Piękna sprawa.

              Za jakieś dwa tygodnie zbierze się konsylium lekarskie i będzie obradować nad moją skomplikowaną i nietypową sytuacją.


Szlag i szlak by to wszystko trafił.

 

Czy ja jestem…..

 ………..jakaś niemądra, że wypisuję karki świąteczne osobiście i od serca?

              Niestety dostajemy przeważnie gotowe druki z podpisami. Nawet bez jednego krótkiego zdania od siebie. Wydaje mi się to bezosobowe i kojarzy mi się ze spełnieniem (przykrego?) obowiązku, a nie z życzeniami.


Czy to naprawdę jest tak ciężko napisać kilka słów od siebie?

Naprawdę?

            Nawet jak się nie posiada tzw. weny to przecież Internet jest przepełniony rożnej maści życzeniami, które mogą być fantastyczną wprost inspiracją.


Może przesadzam, ale nie lubię tego pójścia na łatwiznę.



Gościna.

    Mieliśmy przez kilka dni gości. Znajomi męża, którzy wojażowali po Holandii wpadli do nas na kilka dni.

              Ucieszyłam się i przygotowałam. Dom wysprzątany, napoje wszelakie kupione, pościel czyściusieńka, a menu ułożone i częściowo przygotowane w zamrażarce.

Przyjechały dwie raczej młode osoby.

                  Pod koniec pobytu, czwartego dnia, przypadkowo usłyszałam rozmowę telefoniczną z matką jednego z osobników.


Postaram się zacytować:

„ Jak jest? No raczej średnio (zmieniam słowo na bardziej cywilizowane). Widać, że mają kasę, a żarcie jest do bani (zmieniam słowo na bardziej cywilizowane). Jakieś sery musimy żreć i pić ekologiczne soki. Smaczne? Bo ja wiem. Mama, kup jakaś porządną kiełbasę. Dobra?
Na noc dają nam wodę do picia. Po co? A skąd ja mam wiedzieć. Tak jakbym nie miał w nocy nic innego do roboty. Ha, hhaaa. W restauracji? A tak byliśmy, ale TYLKO raz (wizyta trwała niecałe 4 dni). Żarcie? Takie sobie. Jakieś malutkie g*wna (nie zmieniam słowa, gdyż nie wiem na jakie). I tylko te wina do picia. Chyba taniocha*. Piwa by się człowiek napił (różnorodne piwa stały ( i znikały) do ich dyspozycji w nas w piwnicy).

               Bognna (czyli ja) jest nieźle porąbana; baba, a zna się na futbolu lepiej ode mnie. No k……(słowo raczej nie do zamienienia); myślałem, że mnie krew zaleje.

Do Brukseli? Za nic nie pojedziemy. Jeszcze nas Araby zastrzelą.

                   Jacy są? No….dziwni. J. poprosił o nieprzeklinanie u nich w domu i o palenie fajek na zewnątrz. Podczas jedzenia i wizyt nie oglądają telewizora. Ja chrzanię (zmieniam..) takie życie”.

Nie ukrywam, że zbulwersowana powtarzam wszystko mężowi. A ten na to: dobrze ci tak. Trzeba było nie podsłuchiwać.

 

*Taniocha – 45 euro od osoby

 

P.S.
Cytat nie jest precyzyjny, ale z grubsza tak to brzmiało.

 

Głuptasek.

Gluptasek Płatek śniegu usiadł na mojej ręce.


 Był taki śliczny
 I taki malutki.

 Ozdobił ją

 I grzał się w jej cieple.


 Mężnie i  prężnie prężył

 Wiotkie ciałko.


 Rezolutnie spoglądał słońcu w oczy.

 


  Ot. Głupiutki.

 

 

 

 



Kruchość życia.

                      Miejsce akcji to poniedziałek godzina 07.30.rano. Ja sobie jeszcze spałam, kiedy usłyszałam potężny huk. Zirytowana pomyślałam kto tez może tak hałasować o takiej godzinie? Za chwilę ktoś zadzwonił do drzwi? Kurier? Jak to, ja przecież niczego nie zamawiałam?

Słyszę glos mojego męża więc idę otworzyć drzwi. Patrzę z przerażeniem. Mężowi krew zalewała twarz. Co się okazało?

                     W nocy z niedzieli na poniedziałek był przymrozek i zamarzły nam szyby w samochodzie. Auto stoi przed garażem, gdyż w środku nie ma miejsca. Mąż zaczął skrobać okna samochodu. Najpierw z tyłu (co jest w tej historii niezwykle istotne), a potem z boku. Kiedy czyścił boczne szyby poluzował się hamulec ręczny i auto z impetem wjechało do garażu. Wjazd jest stromy i pochyły, gdyż prowadzi do piwnicy gdzie znajduje się garaż. Samochód rozwalił, prawie jak w filmie akcji, mocne, nowe, solidne, metalowe drzwi i zatrzymał się w środku garażu. Niejako po drodze przycisnął mojego męża do ściany tak mocno, że ten prawie nie mógł oddychać.


                            Wszystko przypadkiem widział nasz sąsiad, który spontanicznie bardzo, ale to bardzo nam pomógł miedzy innymi zawożąc męża na pogotowie. Wieczorem wpadł do nas zapytać o zdrowie męża.

                          I teraz najważniejsze: co by się stało, gdyby mąż stał jakieś 30 cm dalej, ZA samochodem?


Staram się o tym nie myśleć, ale do dzisiaj się trzęsę.


P.S.
W sumie mąż jest ok. Ma złamany palec, zdarty paznokieć, bolące i skaleczone kolano oraz odrapania na twarzy. Urazów psychicznych nie wymieniam.