Zaimek.

Kiedy mowię kocham

Kocham

Kiedy płaczę

Powstaje ocean łez

Kiedy odwracam głowę

Spostrzegam wcześniej niespostrzeżone

Kiedy patrzę w niebo

Zło przestaje istnieć

Kiedy z trudem otwieram zlepione snem oczy

Świat wczorajszy przestaje mieć znaczenie

Kiedy samotność rozwala egzystencję

Bezradnie proszę o zrozumienie

Kiedy smutek miażdży duszę

Opatulam się szczelnie twoim wielkim ramieniem.

Les vacances et moi.

Wszystko byłoby pięknie na wakacjach….gdyby nie ja, bognna. Byłoby cudnie gdybym mogła pojechać na nie bez mojego ciała. Tylko do cholery jak to zrobić?

Okolica przepiękna, pogoda rewelacyjna 24- 25°, dom śliczny i wygodny. Całkiem fajny mężczyzna u boku i najpiękniejszy pies w Belgii ( nie odważę się napisać „na świecie”, gdyż czytają to inne psie mamy). Ale ad rem. Na samym początku miałam zapalenie pęcherza. Kto miał to wie jak to zmienia życie w koszmar. Kto nie miał to niech idzie na kolanach najpierw do Częstochowy, potem do Lourdes i na koniec do Santiago do Compostela w podzięce; bolało jak szlag. Żegnajcie miedzy innymi upojne, wakacyjne noce i inne przyjemności. Pożarłam 2 kg antybiotyku (zawsze mam przy sobie) i się polepszyło.

Ale szczęście nie trwało długo. Przedobrzyłam z chodzeniem (pomimo ostrzeżeń podobno rządniejszych od siebie) i wysiadł mi kręgosłup. Cudownie.Przeleżałam 2 dni bez ruchu w towarzystwie „THE MUPPET SHOW” czyli w towarzystwie brytyjskiego parlamentu.
Ale to wcale nie koniec. Trzy dni przed wyjazdem do domu, jak codziennie, chciałam wziąć prysznic, ale wchodząc do wanny poślizgłam się i potłukłam okrutnie. Na szczęście niczego nie złamałam.
No i taka potłuczona jechałam do domu. Cale 700km. Skutki tego upadku odczuwam zresztą do dzisiaj.
No i to chyba tyle a propos naszych super wakacji.

Les vacances sont finies II.

Wystawiam tej Francji prawdziwą laurkę. Ale nic na to nie poradzę, że mi się tam prawie wszystko podoba. Nie podoba mi się, że odbierając telefon się nie przedstawiają tylko mówią durne „allo”. Już jako bardzo, ale  bardzo młoda dziewczyna chciałam tam mieszkać zupełnie nic o tym kraju nie wiedząc. Co mądrzejsi ludzie znacząco pukali się w głowę. Na studiach mój aktualny mąż mi obiecał, że mnie do tej Francji zawiezie i słowa dotrzymał aczkolwiek w naszych studenckich latach legalny (inny nie wchodził w rachubę) wyjazd na ten cudny zachód był bardziej science fiction niż aktualnie wylot na księżyc. Dodatkowo mąż pochodzi z niezwykle skromnej finansowo rodziny, utrzymywał się sam z renty po ojcu i ze stypendium naukowego. Cała ta sytuacja pogrążała jeszcze bardziej tę obietnicę w oparach absurdu.

Lubię atmosferę tego kraju. Lubię to jak ludzie się zachowują i jak się do siebie odnoszą, lubię także to, że są przyjaźni i rozmowni, ale nie teatralni i gadatliwi jak np. Włosi. Nie seplenią także powszechnie jak Hiszpanie co doprowadza mnie (to seplenienie znaczy się) do prawdziwej rozpaczy. Nie są głośni jak Niemcy i nie przeklinają tak powszechnie, prymitywnie i prostacko jak Polacy.

Nie muszę dodawać, że te opinie są skrajnie subiektywne i, że  nie mam żadnych dowodów na ich  udowodnienie.

Na dodatek, dopisała nam pogoda i nastroje. Nie pożarliśmy się ani razu. Nie skomentowałam wcale tego, że mąż chodził w galotach (takich ¾) i w sandałach. Koszmar. Taki strój nawet z postawnego (188m wzrostu/90 kg w faceta robi straszydło i komedianta. Co dopiero robi z tych niższych i grubszych nawet nie potrafię opisać. Do pełnego kompletu dodałabym jeszcze rozchełstaną koszulkę polo w poprzeczne paski pociągająco podkreślającą powabne brzuszysko lub ewentualnie podkoszulek jaki nosił Onslow w „Keeping up  Apeerances „ ( nie znam polskiego tytułu), a także czapkę z daszkiem założoną odwrotnie. Na szczęście tego typu szmatom mówimy  u nas zdecydowane NIE. Zignorowałam także jego komentarze, że wyglądam zbyt elegancko jak na wakacje co jest kompletną bzdurą i oznacza całkowitą ignorancję w temacie mody .

Nie publikuję żadnych zdjęć z Plevenon i z okolicy. Na Googlu są ich dziesiątki na dodatek dużo lepszych niż moje.

Chociaż może dodam jedno:

Przedstawiam naszą super pociagajacą sasiadkę.

O tym co się fatalnie spieprzyło na tych wakacjach napiszę w następnym poście. Chociaż kto mnie chociaż troszeczkę zna łatwo się domyśli o co chodzi.

Les vacances sont finies I.

Wróciliśmy do domu.

Zacznę od najważniejszego czyli od przyjemności dla ciała jaką jest oczywiście jedzenie. O kuchni francuskiej napisano setki pochlebnych elaboratów. I to wszystko prawda. Pogoda, wiatr od oceanu, słońce, lata kultywowanej tradycji oraz zamiłowanie do biesiadowania wyprodukowały to rewelacyjne żarcie Jesteśmy ciekawi i otwarci na świat, a co za tym idzie otwarci na nowe, nieznane smaki. Eksperymentuję sporo w kuchni. I chociaż w Bretanii byliśmy już po raz trzeci odkryliśmy zupełnie nową kombinację; wchodząc do restauracji mieliśmy ochotę na coś rybnego; przy sąsiednim stoliku ludzie zajadali się z wielkim apetytem. Zapytałam, co to takiego i zamówiliśmy, jak się później okazało typowe danie dla tego regionu: kiszona kapusta z kawałkami ziemniaków gotowana w winie przez co nabrała lekko słodkawego smaku. Do tego były dwa spore kawałki pysznych ryb, a mianowicie łosoś i dorada (google pisze, że to leszcz). Były jeszcze krewetki tygrysie, a wszystko zalane śmietankowym sosem. Pyszne. I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu nie przyszła by mi do głowy tak raczej dziwna kombinacja. Szkoda, że nie mogę tej potrawy przygotować dla naszych tutejszych przyjaciół. We Flandrii bowiem generalnie kapusta kiszona to śmierdzące świństwo dobre tylko dla grubych Niemców. No cóż, „co kraj to….swoista głupota”.

Francuzi to ludzie chyba najgrzeczniejsi na świecie. Mało kto się nie ukłoni pozdrawiając typowym bonjour. I chyba się nie mylę pisząc, że wprost uwielbiają psy. Nagadałam się, po francuskiemu, za wszystkie czasy i ku mojej wielkiej radości właśnie dzięki Hectorowi. Wielokrotnie słyszeliśmy pod adresem właśnie naszego psa: Comme il est beau/ joli/ mignon (dla tych co nie parlują– jaki on ladny, śliczny, czarujacy.. I chyba mogę być troszkę dumna z siebie, gdyż nie wszyscy zorientowali się, że nie jestem Francuzką. Chodziliśmy z nim na dziką plażę(na inne bowiem psy nie mają wstępu) i nie znalazłam odchodząc naprawdę żadnego papierka czy innego śmiecia i nie wdepnęłam do żadnej kupy, nie słyszałam także żadnych wrzasków czy muzyki. Na bramie obok naszego domu wisiała tabliczka;

Czyli: Mieszkam u mojego psa.

Bardzo chcieliśmy ją mieć u siebie, ale niestety nie znaleźliśmy jej nigdzie.

A propos czystości: tak w zasadzie to wszędzie było czyściusieńko i porządnie. Domy zaś ładne i zadbane. Pojeździliśmy sporo chcąc trochę zobaczyć, a także w poszukiwaniu tej biedy i tych strasznych warunków życia o których ponownie trąbią Les gilets jeunes.Bezskutecznie. Żółte kamizelki odpoczęły po wakacjach, podjadły i popiły wina i ponownie ruszyły destabilizować kraj. Ależ ten Macron ma cierpliwość!

Ceny w sklepach niestety belgijskie, ale za to w knajpach o jakieś 30% taniej. Podobnie rzecz się ma z cenami domów. Bajka.

A suivre.

Les vacances…..

………w końcu nadchodzą. Wyruszamy w czwartek, zgodnie z naszą wieloletnią tradycją, jak co drugi rok, do ukochanej przez nas, Francji. Konkretnie do Bretanii i oczywiście nad Atlantyk.
Szanując naszą alergię na kurorty, zbiegowiska, tłumy i hałas wynajęliśmy dom w Plevenon. (Słabo widoczna wieś zaznaczona na czerwono).

Tak więc do napisania za jakieś 3 tygodnie.

Obowiązująca zasada wakacyjna zawsze ta sama: nic nie trzeba, wszystko wolno.

Trzymcie się zdrowo i ciepło.

Au revoir.




Horyzont.

Próbowała

I próbowała

Przeskoczyć ponad horyzontem.

A to rozbieg był za krótki.
A to rozbieg był za długi.
A to lało okrutnie.
A to było za dużo słońca.


Zapomniała.
Że kiedy nogi są za krótkie.
To można próbować

Próbować.

I próbować.


Bez sukcesu.
I bez końca.

Bliźniaki……

……..08.08.2019. przyszły na świat:

To drugie narodziny Pandy w walońskim Pari Daiza ogrodzie zoologicznym. W naturze bliźniaki raczej nie przeżyją, gdyż mama jest w stanie zaopiekować się tylko jednym potomkiem. W ogrodzie zamieniają więc dzieci co 24 h. Kiedy jedno jest u mamy drugie leży sobie w inkubatorze. I tak w kółko.

Trzymam więc kciuki aby się powiodło tym małym koszmarkom.
I to jest naprawdę piękne czytać, chociażby czasami, o takich fajnych, pozytywnych wydarzeniach.
Oby więcej takich historii, gdyż jak tak dalej pójdzie to za jakiś czas będziemy mogli oglądać te cudne zwierzaki tylko w sklepie z zabawkami.

Życie z przewlekłym bólem II.

Autorzy: Personel Poradni Leczenia Bólu (Królewski Szpital Zespolony, Bath) oraz Grupa Wsparcia Pozytywnego Życia

Broszurę tę tworzyli wspólnie pacjenci oraz personel poradni leczenia bólu przy Królewskim Szpitalu Zespolonym w Bath (Wielka Brytania), by inni chorzy mogli lepiej poznać istotę bólu przewlekłego. Wyjaśnia dlaczego ból przewlekły różni się od bólu ostrego, dlaczego jest taki uporczywy i nie daje się wyleczyć oraz dlaczego jest autentyczny. Opisuje również rozmaite sposoby radzenia sobie z bólem oraz osiągania przyzwoitego poziomu jakości życia, pomimo odczuwania bólu. W broszurze posłużono się cytatami i komentarzami osób na co dzień zmagających się z chronicznym bólem.Podziękowania

Dziękujemy Grupie Wsparcia Pozytywnego Życia za ich pomoc, wkład w opracowanie oraz sfinansowanie projektu.

Przede wszystkim dziękujemy pacjentom z bólem przewlekłym, którzy zechcieli opisać swoje doświadczenia, pozwalając w ten sposób wykorzystać w broszurze komentarze na temat życia z bólem przewlekłym, aby inni mogli znaleźć w nich swego rodzaju wiedzę na temat pomocy i niesienia ulgi.

postive living

Jesteśmy członkami Grupy Wsparcia Pozytywnego Życia, którzy przeszli szkolenie w ramach Programu Leczenia Bólu w Królewskim Szpitalu Zespolonym w Bath. Wszyscy wynieśliśmy coś pozytywnego z uczestnictwa w tym programie oraz z przynależności do Grupy, chcielibyśmy więc podzielić się z Wami naszym doświadczeniem. My wiemy, co to znaczy cierpieć z powodu chronicznego bólu. Wiemy, co to łzy i śmiech, nadzieja i rozpacz, połączyliśmy więc nasze przeżycia z komentarzami, by pokazać Wam jak staraliśmy się zrozumieć nasz ból, zwalczać go oraz radzić sobie z nim w życiu codziennym.

Nie twierdzimy, że jesteśmy doskonali, że znamy wszystkie odpowiedzi, nie uważamy też, że nie jest to walka –ale jest nadzieja.

Ufamy, że broszura ta pomoże Wam polepszyć jakość życia oraz możliwie jak najlepiej zapanować nad bólem poruszając się w środowisku domowym i/lub zawodowym.

Przeczytaj tę broszurę, choć może sam nie cierpisz z powodu bólu przewlekłego, wystarczy jednak, że znasz kogoś kto się z nim zmaga.

Grupa Wsparcia Pozytywnego Życia

POLECAM!!!!!!!!