Siła sugestii.

                                Mąż wyjechał i mam cały tydzień tylko dla siebie. Wmawiam więc sobie usilnie, że to jest całkiem fajne i staram się nie dopuszczać smutnych myśli. Przekonuję siebie, że to w zasadzie jest fantastyczne mieć TYLE czasu tylko dla siebie i nie musieć absolutnie NIC.

                         Staram się także bardzo pilnować, aby na pocieszenie nie opróżnić w samotności butelki z winem.

 

Zabawnie.

1. W restauracjach jadam prawie tylko i wyłącznie ryby i sałaty.
W Niemczech zamówiłam więc łososia w sosie śmietankowo – koperkowym. Po jakimś czasie danie do mnie przyszło, ale……. bez łososia. Zjadłam więc na obiad jednego ziemniaka z małą sałatką. Chciano mi danie zmienić, ale olałam, gdyż mój mąż już w tym czasie pałaszował golonko (brrr). Dania nie zmieniono, ale cenę na szczęście tak.

2. Woda w wynajmowanym domu w Niemczech leciała odwrotnie tzn.z niebieskiego kranu gorąca, a z czerwonego zimna. Doznałam więc zimnego szoku pod prysznicem, a mój mąż się o mało nie poparzył.

3. Właściciel domu w Niemczech mówił tylko po niemiecku tak, że konwersacja była znacznie utrudniona. Zauważyłam, że w domu brakuje żelazka i poszłam do niego o nie poprosić używając flamandzkiego słowa strijken (oznaczającego właśnie prasowanie) jednocześnie pokazując na mój pognieciony T-shirt. Człowiek popatrzył na mnie dziwnie, podrapał się po głowie, ale poszedł szukać. Wrócił po jakiś 45 (!) minutach dumnie niosąc w rękach……… druty do robienia np. swetrów. Okazało się, iż zrozumiał on słowo strijken jako niemieckie stricken oznaczające właśnie robienie na drutach.

4. Z Saksonii pochodził August Mocny, który był także przez jakiś czas królem Polski. Z przewodnika dowiedziałam się, że był on ojcem 365 dzieci.Tak, 365. Dzisiejsi playboye nawet się nie umywają do jego prestacji. Czyż nie powinien on w takim razie nosić przydomka August Twardy? I skąd tak dokładnie wiadomo, że tego potomstwa było właśnie tyle?

5. Z kolei właściciel domu w Polsce lubił trochę fantazjować na swój temat. Przechwalał się, że zna dobrze język włoski i francuski. Tak się skałda, że władam i jednym, i drugim zagadałam więc do niego niego najpierw po włosku, a potem po francusku. Facet zdębiał i ………zwyczajnie uciekł. Po tym incydencie nie pokazywał się nam na oczy przez 3 dni.

6. Na koniec perełka. Policji w Bad Elster wydaje się, że urzęduje w raju:

Zabawnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                    No i pytanie za 500 euro: jak to jest, że w kraju, który posiada dostęp (bodajże prawie 600 kilometrowy) do morza za Chiny ludowe nie można kupić świeżych ryb?

 



Przewietrzyłam sobie głowę.

                                   Na tych wakacjach i mam nadzieję, że na jakiś czas tak pozostanie. Zdrowotnie  zaliczyłabym je do bardziej udanych i jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem mogąc coś takiego napisać. Czułam się, JAK NA MOJE STANDARDY, bardzo dobrze. Jedynie podroż powrotna dała mi się we znaki. Ale nic to!

                              Najpierw pojechaliśmy w góry do Sachsen, czyli do Saksonii. Z moich obserwacji wynika, że pieniądze płynące z Unii nie są tutaj absolutnie marnowane. Infrastruktura jest po prostu świetna, jest czysto, porządnie i trudno odnieść wrażenie, że się jest w byłym NRD. Ani śladu dawnych, komunistycznych zachowań w sklepach czy w restauracjach. W tych ostatnich, w porównaniu z Belgią jest tanio chociaż jedzenie, jak to w Niemczech, jest mało wysublimowane.

                                     Sporo pięknych architektonicznie, starych domów, które świadczą o dużej, dawnej zamożności tego regionu. Są, niestety, także te zaniedbane i do kupienia za bezcen. Jak ktoś ma zbyt dużo niepotrzebnej kasy to polecam, gdyż jestem pewna, że te ceny pójdą, i to szybko, w górę.

                                    Zastanowiła mnie duża liczba otyłych ludzi na ulicach. No, ale skoro co kilka kroków jest jakaś Eis-cafe to być może jest to jak najbardziej normalny stan rzeczy.

                                   W miejscowości Klingenthal przekroczyliśmy granicę z Czechami. A tam najprawdziwszy koszmar. Czas stanął w miejscu. Brzydko i brudno. Także w sklepach obsługa jak za dawnej, głębokiej komuny. Autochtoni nieprzyjemni i nie umyci i niech nikt mi nie wmawia, że to z biedy. W sklepowych koszykach widziałam butelki z piwem i z winem, i ani jednego mydła. Ohyda.

                                  Za to w innym miejscu w Czechach Františkovy Lázně najprawdziwsza perełka. Cudo! Cudo! Cudo!

                                 Ostatnie 10 dni wakacji spędziliśmy na Dolnym Śląsku w miejscowości Sulistrowiczki. Zaprosiliśmy tam trochę rodziny i dawnych przyjaciół. Wszystko, pomimo moich dużych obaw, udało się świetnie, bezkonfliktowo i na wesoło. O infrastrukturze w Polsce pisać nie będę. Kto mieszka ten wie, a kto nie wie to niech lepiej tak pozostanie.

                                  Wiele jednak miłych niespodzianek odkryłam w kraju jak chociażby wyśmienite jedzenie (i to za każdym razem) i miła, kulturalna i, co najważniejsze, profesjonalna obsługa w knajpach. Zauważyłam także bardzo pozytywne zmiany dotyczące standardów zachowań kierowców na drogach.

                                 Przez prawie trzy tygodnie deszcz padał tylko dwa razy, a w Polsce panowały temperatury do 34 st.
Trochę za ciepło jak dla mnie…….. ale:

„Oto
widzisz, znowu idzie jesień,

człowiek tylko leżałby i spał…

Załóżże twój szmaragdowy pierścień:

blask zielony będzie miło grał.

Lato się tak jak skazaniec kładzie

pod jesienny topór krwawy bardzo –

a my wiosnę widzimy w szmaragdzie,

na pierścieniu, na twym jednym palcu”

      

                                           (K.I.Gałczyński).

 



Oczy.

Oczy.Wypłakałam sobie
oczy

I ich nie mam.

 

Były wielkie

Były piękne

Takie smutne.

Popłynęły po kropelce gdzieś daleko.

 

Z oczu moich

Wielka woda

Stała się już wielką
rzeką.

 

Tak znikały

Nikt nie widział

Nikt nie pytał

Pomalutku.

 

Co mam teraz z sobą
zrobić

Wielki smutku?

 



Zasklepienie.

                             Bo chyba tak należałoby „to” nazwać. Mam takie chwile, ba nawet całe dni się kiedy zamykam się tak totalnie sama w sobie. Tylko ja i mój ból. Prawie intymna relacja. Nikt i nic się tam do mnie nie przedostanie. Za żadne skarby świata. Ludzie pukają, stukają, wołają, a ja nic.Wcale i wcale nie odpowiadam. Nie ma mnie.



„ptaku mojego serca

nie smuć się

nakarmię cię ziarnem radości

rozbłyśniesz

 

ptaku mojego serca

nie płacz

nakarmię cię ziarnem tkliwości

fruniesz

 

ptaku mojego serca

z opuszczonymi skrzydłami

nie szarp się

nakarmię cię ziarnem śmierci

zaśniesz”

                                    

To oczywiście mistrzyni Poświatowska.

                                     W te dni najchętniej zostałabym przez cały czas w łóżku. Ja osoba dbająca o swój wygląd i raczej chyba dobrze i starannie ubrana mogę przez cały dzień chodzić w okropnym szlafroku. Jak taka przysłowiowa Dulska. Nawet gdyby nagle wybychla III wojna światowa przypuszczam, że nie zareagowałabym. Zasklepiam się tak bardzo w tym moim nieszczęściu, że cały świat praktycznie przestaje istnieć.

Czy to już depresja?

 



Hip, hip, hura!

                                    Przeżyliśmy “nawałnicę niemiecką”, czyli najazd naszych
niemieckich przyjaciół wracających z wakacji we Francji do rodzinnego Hamburga. Piszę „nawałnicę” gdyż jest ich aż pięcioro. Ludzie bardzo mili, grzeczni i jako goście naprawdę oczekiwani i łatwi, czyli nie sprawiający dużych problemów. Było miło, przyjemnie i wesoło.

                                    Dla mnie jednak obsłużenie codziennie tak sporej grupy ludzi to jest nie lada wezwanie i to pomimo ogromnej pomocy i aktywnego współuczestnictwa ze strony męża jak i samych zainteresowanych.
Dwa dni po ich wyjeździe praktycznie nie wychodziłam z łóżka dochodząc z trudem
do siebie.

                                   Przed samym ich przyjazdem połknęłam masę leków, a także aktualnie zabroniony kortyzon (całkiem sporą dawkę) łamiąc tym samym i ignorując zalecenia wszystkich moich lekarzy. Kortyzon działa rewelacyjnie, jak najprawdziwsze cudo (dlatego jest używany często jako doping np. w Tour de France), ale ma katastrofalne wręcz skutki uboczne. Ale co tam, ja przecież wiem lepiej i mam gdzieś rady uczonych profesorów medycyny!
Nie będzie mi tu byle jaki konował dyktował jak mam żyć i co zażywać. Jak zawsze przecież jestem mądrzejsza i również jak zawsze płacę za tę „mądrość” wielką cenę. Niech więc żyje i się rozwija moja głupota!

Hip, hip hura!

                                 “Zwei Dinge sindunendlich, das Universum und die menschliche Dummheit, aber beim Universum binich mir nicht ganz sicher”. Czyli „Tylko dwie rzeczy są nieskończone:wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej” powiedział Albert Einstein i oczywiście się nie pomylił.

                                 Teraz przed nami jeszcze tylko nawałnica; a w zasadzie nawałniczka amerykańska, a po niej tak oczekiwane nasze wakacje.

 


 

Na zdrowie.

Na zdrowie.Kieliszek

Pierwszy,

Drugi

I trzeci.

 

Na zdrowie!

Co słychać?

Ach jakoś leci.

Jest jeszcze także kieliszek czwarty.

Co mówisz?

Za dużo?

Zabraniasz?

No, wolne żarty.

 

 

Kieliszku tak cudny

Uśmierz ten ból

I fajnie

I miło

I ja taka cool.

Jest tych kielichów

Sporo.

Niemiara.

 

Bo wolno mi chyba?

Bo lubię i chcę.

I bedę.

 

A wszystkim wam mówię

Odczepcie się

Wara.



 

Freiburg migawki.

Freiburg1.

 Przywitał nas niestety deszczem.



Freiburg2.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Freiburg3.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Freiburg4.

 

 

Ale potem była tylko przepiękna, słoneczna  pogoda. Na zdjęciu winnice otaczające miasto. Regionalne wino jest całkiem niezłe.





Freiburg5.

Charakterystyczne dla miasta: w całym centrum płyną sobie strumyczki ze świeżuteńką i czyściusieńką wodą!