Ufff.

                                   Mama czuje się lepiej i wyszła już ze szpitala. Tzw. nisza wrzodowa (nigdy przedtem o czymś takim nie słyszałam) goi się samoistnie i niepotrzebna jest operacja. „Twój ojciec jeszcze będzie musiał na mnie trochę poczekać” poinformowała mnie na Skype. Swoim zwyczajem trochę sarkastycznie, ale to oznacza, że naprawdę lepiej się aktualnie czuje.

Ufff.
                      Tona kamieni spadła z mojego żołądka na ziemię, a zmrożona strachem krew zaczęła krążyć z powrotem. Jestem ogólnie rzecz biorąc panikarą, ale tym razem ten wewnętrzny u niej krwotok mógł się zakończyć katastrofalnie. „…Quid enim est novi hominem mori, cuis tota vita nihil aluid quam ad mortem iter est?” Czyli Seneka  ” …Cóż w tym niezwykłego, że umiera człowiek, którego całe życie nie jest niczym innym jak tylko drogą ku śmierci ? „

                                   Wiem, że wszyscy zmierzamy ku śmierci, ale niektórzy ludzie wydają się być wieczni. Zawsze byli, zawsze są i zawsze powinni być. Taki constans. Jakaś wartość niezmienna, stała i w jakimś sensie niepodważalna. Nawet w dorosłym życiu. Chyba przede wszystkim dotyczy to naszych matek.

 

Przemyślenia.

Przemyslenia.

Są przemyślenia

Na temat istnienia.

 

Na temat Boga

Czy jest

Czy go nie ma.

 

Są przemyślenia

Na temat myślenia

Na temat świata

Miłości

Wojny

I globalnego ocieplenia.

 

Są myśli dobre

Są myśli złe

Czy warto kochać

Czy też może nie.

 

A ja bym chciała

W tym myśli szale

Pstryknąć palcami

I nie myśleć wcale.

 

Autonienawiść.

                 Żadne autorytety medyczne nie potrafią dokładnie wyjaśnić dlaczego w niektórych przypadkach organizm niszczy sam siebie. Liczba autoimmulogicznych chorób jest długa i straszna.
Oto niektóre z nich:

Przykładowe choroby autoimmunologiczne (autoimmunizacyjne) to:

Smart people. 26

                                Czyli my 🙂 Tak przynajmniej lubimy o sobie nieskromnie myśleć, a tu niespodzianka.

10.01. zbierano u nas choinki. W sobotę więc przed tym doniosłym wydarzeniem rozebraliśmy naszą, ciągle jeszcze śliczną i żywą, choinkę i wystawiliśmy do ogrodu z przodu domu. Obok wejścia na nasz teren. W poniedziałek rano mąż przed wyjściem do pracy powinien wystawić ją na chodnik, aby została zabrana. I zupełnie nie do wiary, ale dopiero wczoraj zauważyłam, że ta nasza choinka CIĄGLE stoi w naszym ogrodzie. Tak smutna, samotna i ogołocona. Stoi tam już prawie 12 (!) dni a żadne z nas, przechodząc obok niej czasami kilka razy dziennie, jej nie zauważyło. Mało tego. Drzewko jest przez cały czas znakomicie wprost widoczne z okna salonu!

                                W poprzednim naszym domu, gdzie był bardzo duży ogród, zakopywaliśmy zawsze choinki do ziemi. Czasami tam przejeżdżam i widzę jak pięknie wyrosły! Niestety w aktualnym ogrodzie zwyczajnie nie ma na to miejsca.

                               Po usunięciu drzewka living zrobił się naprawdę duży i przestronny. Nie ukrywam, że żal mi tych choinek; posłużą ludziom do ozdoby przez parę dni, a potem bezlitośnie wykorzystane sru i do utylizacji. Jak by nie patrzeć jest to jednak rodzaj pewnego barbarzyństwa. Zaczynam się głęboko zastanawiać nad kupnem sztucznego drzewa. Chociaż specjalnie za tym przepadam muszę przyznać, że aktualnie plastikowe choinki sa naprawdę piękne i praktycznie nie do odróżnienia od tych żywych. Wiem, wiem, że to nie to samo i że erzac oraz kicz….. . Są także cholernie drogie, ale spodziewam się, że jest to zakup jednorazowy. Na szczęście mam na to zastanawianie się sporo czasu…… chyba, że nasza ewidentnie postępująca skleroza rozwinie się u nas do tego stopnia, że całkowicie zapomnimy o następnych świętach.

 

Jak?

Jak.

Jak wyjaśnić

Co niewyjaśnione?

 

Jak odnaleźć

To co roztrwonione?

 

Jak kochać

By nie umierać?

 

Jak dawać

By nie zabierać?

 

Jak mówić?

Jak prosić?

Jak przetrwać?

Jak płakać?

 

Jak być

I jak nie być?

Jak trwać?

I jak wracać ? 

Jak wskrzesić ten ogień

Przygasły w zaświatach?

 

Zmęczenie materiału.

                                       Czyli mnie. Jestem zmęczona od bycia wiecznie zmęczoną. Męczy mnie, że nic nie możemy na 100% zaplanować, ponieważ nigdy nie wiadomo jak się będę czuła, nie wiadomo, czy będę w stanie gdzieś pójść lub pojechać. Nie wiadomo nawet czy będę w stanie zwlec się z łóżka o jakieś określonej godzinie. Ileż razy można „coś” w nieskończoność przekładać? Ileż razy można wiecznie zmieniać plany? I swoje i innych przy okazji? Chciałabym polecieć do Polski odwiedzić moją mamę, którą widuję tylko na Skypie, ale boję się zaplanować wyjazd. Chciałabym i to, i tamto, a moje ciało bezlitośnie koryguje plany bez żadnej konsultacji ze mną. A przecież to ja jestem jego właścicielką, a nie odwrotnie do jasnej cholery. Nigdy nie mogę przewidzieć jaki będzie następny dzień. Naprawdę nigdy. Pomimo lekarstw, zabiegów, operacji, pomimo znakomitych specjalistów…. . Męczy mnie nawet czasami pisanie tego bloga. Paranoja?

                           Ja rozumiem, że wszyscy miewają gorsze i lepsze dni, że wszyscy CZASAMI chorują, ale bycie chorym przez cały czas, bycie chorym zawsze i wszędzie może doprowadzić do obłędu. Dziwię się, że jeszcze nie całkiem zwariowałam. Albo tak mi się tylko wydaje.

                           Śnieg się stopił, a więc byłam w stanie wyjść z domu, ale już nie byłam w stanie do niego wrócić. Musiałam wziąć taksówkę, aby ledwo się z niej wygramolić. Chodziłam tylko przez jakąś godzinę. Frustracja, frustracja i jeszcze raz frustracja. Nie wiem czy czasami jest lepiej wyć czy przeklinać ze złości.

                          Takie quasi, spieprzone życie zawężone do trywialnych, malutkich problemów malutkiego, chorego człowieka. A takie kiedyś miałam plany na przyszłość. Tyle dyplomów marnuje się w szufladach. Wszystko na nic, wszystko pokryte kurzem i zapomniane. Makulatura. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że niejako przy okazji schrzaniam życie fantastycznemu facetowi. Wprawdzie na jego własne życzenie, ale moje poczucie winy za istniejący stan rzeczy jest ogromne i przytłaczające, chociaż dla innych być może irracjonalne.

                          To może zabrzmi dziwnie, ale czasami żałuję, że nie jestem sama na tym świecie i że właśnie ta jedna jedyna sprawa powstrzymuje mnie od wzięcia spraw w swoje ręce. Cokolwiek to oznacza.

 

A mnie jest szkoda lata.

                                  Za rybami jako gatunkiem nie przepadam jakoś tak specjalnie chociaż przyznaję, że pożeramy ich sporo. Akwarium w La Rochelle jednak zafascynowało mnie ogromnie!

                     Jest naprawdę olbrzymie, znakomicie przygotowane i urządzone, i na 100% warte zobaczenia:

 

Lato2.

 

Lato3.

 

Lato4.

 

Lato.

 

Lato.