Skype na śmietniku życia c.d.

                                          Ponad miesiąc temu (15.09.) pisałam o przypadku bardzo ciężko chorej mojej koleżanki. No więc sytuacja się zmieniła. A. dostanie lek. Nie dlatego, że poprawiła się w Polsce sytuacja służby zdrowia, czy dlatego, że urzędnicy zechcieli Jej pomoc. Nie dlatego, że ktoś z administracji zechciał się pochylić nad chorym i potrzebującym człowiekiem. Nie, nie dlatego.

                                          Mój kiedyś bliski sercu przyjaciel zadziałał. Złamał procedury, a raczej użył swoich koneksji. Bez zastanowienia i bezpardonowo. Jest znanym i szanowanym kardiochirurgiem w dużym mieście wojewódzkim, a więc wielu, wielu ludziom zwyczajnie uratował życie i teraz to wykorzystał. Zrobił to całkowicie bezinteresownie i altruistycznie. Powtarzam to raz jeszcze: bezinteresownie i altruistycznie. A. nie widział nigdy na oczy. Otrzymał od niej bardzo skromny bukiecik kwiatów, a ja jurto wyślę butelkę dobrego szampana. Wiem, że on tego nie oczekuje, ale chcę coś, chociażby nawet symbolicznego, zrobić.

                                         Ja wiem i zdaję sobie w pełni sprawę z faktu, że działał nielegalnie, wbrew lekarskiej etyce i w zasadzie nagannie. “Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.” Łk 6, 37. Od razu wyjaśniam także, że nikomu lekarstwa nie zabrano tylko jakimś cudem znalazły się na nie dodatkowe fundusze.

                                        Mój przyjaciel zadziałał dla mnie, w imię „dawnych, miłych, wspólnie spędzonych razem chwil”. Ach, łza się w oku kręci… . Robię się ZBYT sentymentalna na starość. Rozstaliśmy się łagodnie, no hard feelings. A facet wart jest grzechu. Przysięgam. Nadal przystojny, inteligentny, wykształcony. Sam dostał nieźle w d*** od życia. Może stąd ta wrażliwość? Pracoholizmem zabija pustkę i samotność. Zabija myśli o jedynym, ciężko upośledzonym i fizycznie, i psychicznie dziecku, i o nieudanym małżeństwie.

Apeluję zatem: utrzymujmy dobre kontakty ze swoimi dawnymi przyjaciółmi, żonami, mężami, kochankami, znajomymi. Nigdy nie wiadomo kto, co i kiedy może dla nas zrobić. Lub my dla kogoś.

 

 Cokolwiek by to nie było.

 

Insomnia.

                   Is killing me softly. Naprawdę.

„czekam na ciebie obok tej nocy
która przysiadła na sąsiednim krawężniku
i ciemne usta podpiera
i ma postać Murzynki
chmurne oczy
na policzku cień liścia palmowego

mówię tej nocy – nie dzwoń złotem gwiazd
uspokój w falach sukni wiatr
czekaj
przecież wiesz że on przyjdzie
jak deszcz co myje włosy
wyschniętego na słońcu drzewa”.


Halina Poświatowska

Jutro.

                                 Wakacje wakacjami, wspomnienia wspomnieniami, a tu trzeba jutro iść do szpitala do kontroli. Niestety. Wykańcza mnie to i fizycznie, i psychicznie. Cała sprawa sprowadza się głównie do czekania, czekania i jeszcze raz czekania chociaż złego słowa na tutejszą służbę zdrowia nie powiem.

                                Paradoksalnie zwykle wychodzę ze szpitala bardziej chora niż przyszłam.

 

Po wakacjach.

Wróciliśmy, nie ukrywam, że z niechęcią. Wakacje udały się znakomicie. Ale ab ovo.

                                      Przed wyjazdem stoczyłam zwycięską walkę z mężem i z lekarzem domowym. Obaj, jednomyślnie zjednoczeni, próbowali wyperswadować mi wyjazd; zupełnie, ale to zupełnie wysiadł mi kręgosłup i lewa noga. Uparłam się jednak jak osioł i pojechaliśmy. W pierwszy dzień (500 km do Le Mans) podróżowałam w prawdziwej agonii i w czymś w rodzaju gorsetu, a wieczorem ledwo doczołgałam się do hotelowej restauracji. Nie mogłam jednak nadmiernie narzekać, aby nie usłyszeć „sama chciałaś”. W następne dni było trochę lepiej, z naciskiem na trochę.

FRANCJA.
                                      Autorytatywnie i bezdyskusyjnie stwierdzam, że to jest najpiękniejszy kraj na świecie, z całą pewnością na wakacje. Region, który zwiedziliśmy to Pays de la Loire ze stolicą w całkiem sympatycznie wyglądającym Nantes. Wybrzeże nad Atlantykiem pięknie, gustownie, acz skromnie zabudowane. Nie brakuje rzecz jasna obwarowanych, szczelnie ogrodzonych i niedostępnych willi, ale nie psują one krajobrazu. Nicolas i Carla, pomimo zapowiedzi, nieobecni. Nicolas był bardzo zajęty w Paryżu deportacją Romów, aby ci mogli także u siebie wcielać w życie piękne w zasadzie hasła liberté, égalité, fraternité. U siebie, czyli nigdzie. Nad oceanem piękne, szerokie, piaszczyste plaże, puste o tej porze roku. Niedaleko było centrum surfingu i nigdy, przenigdy nie widziałam aż tylu ślicznych, szczupłych i wysportowanych mężczyzn w jednym miejscu. Niech żyje multi-kulti, niech żyje mieszanie się ras i kolorów i to wszystko, co w wyniku tego mieszania się rodzi. Wszyscy oni przebierali się bez najmniejszego skrępowania na plaży, a więc gdybym tam mieszkała to chyba z nadmiaru adrenaliny zaczęłabym chodzić, a może nawet i biegać bez laski.

Sporo miejsc PUSTYCH dla niepełnosprawnych. Francja to chyba jedyny kraj na świecie gdzie tzw. zwykli ludzie bezczelnie (?), słusznie (?), bez powodu (?), nie powinni(?) sprawdzają czy zaparkowany tam samochód posiada odpowiednią kartę.

Francuzi grzeczni, mili i uprzejmi. Podejrzewam, że przeciętny mieszkaniec Francji używa 5 razy więcej zwrotów i form grzecznościowych niż przeciętny Flamand i 10 razy więcej niż przeciętny Polak.

Znakomita infrastruktura, czysto, dobre drogi i relatywnie puste autostrady (drogie!).

POGODA.

                                   Super. Około 20- 22 stopnie i tylko trzy dni deszczowe. Wietrznie, co wprost uwielbiam. Brzydka pogoda kiedyś była przez mojego męża nazywana „seksualną”, a teraz „intelektualną”. Signum temporis?

KUCHNIA.

                                    Nie bez kozery la cusine française cieszy się dobrą sławą. Jedzenie znakomite i urozmaicone. Tańsze w porównaniu z Belgią. Szczególnie w małych, wiejskich knajpkach. Dobre także i smaczne zaopatrzenie w marketach i nie mówię tylko o serach i winach (te w Belgii są dostępne), ale o zwykłym np. chlebie. Raj i prawdziwa uczta dla miłośników fruits de mer.

MY.

                                    Spędziliśmy 16 dni i nocy tylko we własnym sosie. Cudnie. Bez komputerów i bez telewizji (tylko le journal). Telewizja francuska jest dla mnie nie do oglądania; coś tam leci między niesamowicie durnowatymi reklamami. Koszmar. Tak samo zresztą radio. Obowiązek puszczania iluś tam procent piosenek francuskich jest absurdalny, chociaż lubię typowe chansons. Mój mąż również i tym razem przemycił stare szmaty i T-shirty, upodabniając się do prawdziwego kloszarda. Zdecydowana przemiana, jako chyba także forma pewnego wypoczynku, dla elegancko i raczej na co dzień dobrze ubranego mężczyzny. Kategorycznie sprzeciwia się wyrzuceniu ich na śmietnik (jest emocjonalnie związany), a ja próbowałam kilkakrotnie je „przez pomyłkę” wygotować w praniu i nic się im nie przydarzyło.

                                    Na koniec oczywiście moi w wersji powiedzmy plażowej na tle oczywiście naszego samochodu:

 

Po wakacjach.

 

Przed wakacjami.

                                               No więc w końcu, wreszcie i nareszcie wyjeżdżamy jutro na wakacje. Późno trochę, ale nie ma wyjścia. Jedziemy na południe Bretanii. Po dwóch latach „zdrady” (Dania i Czechy) wracamy do naszej największej l`amour wakacyjnej, czyli Francji. O wrażeniach z Danii i z Czech pisałam już na tym blogu.

                                               Postanowiłam, że podczas naszego pobytu będzie ładna i słoneczna pogoda (ale nie za gorąco), ja się w żadnym wypadku nie rozchoruję, okolica będzie ciekawa i sporo zwiedzimy, a wynajęte przez nas domy spełnią nasze oczekiwania. My zaś będziemy szczególnie mili, uprzejmi i dobrzy dla siebie. I w dobrych nastrojach. I w dobrych humorach. Cywilizacja zostaje w domu. Osierocamy więc z przyjemnością komputery i laptopy zabierając jednie mój GSM oraz, znienawidzony przeze mnie, BlackBerry męża. Zabieramy walizkę książek i gazet, a także naszego zwierza staruszka. Obawiam się, że mogą to być dla niego ostatnie wakacje… .

„Ogród nad morzem pachnie słodkim groszkiem,

na brzeg wypływają rozpienione treny.

A morzu płaczą syreny,

bo morze jest gorzkie….”

 

                                                           (MPJ – jak zwykle)

 

                               To à propos moich urodzin, które będę obchodzić podczas naszego pobytu.

Czy ktoś może podpowiedzieć mojemu mężowi, że chciałabym być z tej okazji zaproszona gdzieś do małej, przytulnej knajpki nad Oceanem Atlantyckim? Please?

 

Kobieta.

Kobieta.

Jak otchłań

Niezmierzona.

 

Jak łzy

Niepoliczona.

 

Jak piękno

Nieobiektywna.

 

Jak poezja

Pomaga trwać.

 

Rozwiązła

Ładna

Brzydka

Mądra

Lub naiwna.

 

Jak drzazga

Niepotrzebna.

 

Bogata

Uboga

Nic nie warta

Biedna.

 

Ma oczy jak niebo

I pełno w nich gwiazd

 

Znów płacze?

Rozpacza?

 

Poczekaj

Już biegnę

Czy zdążę na czas?

 

Skype na śmietniku życia.

                                       Kto zna i używa ten wie. Absolutnie super wynalazek! Szczęśliwie posiadamy znajomych na całym świecie, a także ja mam mamę i siostrę w Polsce, a więc gaworzymy sobie co niemiara. Bez żadnych konsekwencji finansowych. Skype używam do wielu lat i o ile kiedyś można było mieć spore zastrzeżenia co do jakości dźwięku i obrazu to aktualnie wszystko działa pięknie i bez zarzutu.

                             Ostatnio „skypowałam” ze swoją koleżanką z Polski. Od jakiegoś czasu poważnie choruje. Przemilczę nazwę schorzenia, gdyż nie chcę nikogo zranić. I co zobaczyłam? Starą, schorowaną kobietę. Ledwo siedzącą na krześle, prawie niewidomą i z trudem budującą zdania. Mam nadzieję, że udało mi się nie okazać strasznego przerażenia. Napisanie dwuzdaniowego maila, pełnego literówek, zajmuje jej ponad 30 minut. Jest całkowicie zależna od innych.

Niemożliwe. To jest A.? Piękna, wykształcona, inteligentna kobieta? Prawdziwy wulkan energii i szalonych pomysłów?

Niemożliwe, niemożliwe powtarzałam sobie w myślach.

                                Można by jednak jej pomóc. Jej choroba nie jest wprawdzie uleczalna, ale aktualnie istnieje lekarstwo ZNACZNIE łagodzące jej przebieg. Czasami czytam o tym na jednym z blogów i opinie są fantastyczne. A więc w czym problem? Wiadomo. Money, money, money. Ona, z jakiegoś powodu, nie załapała się do programu. Nie załapała się do programu. Ktoś tam w Polsce, w jakimś urzędzie zadecydował, że tę kobietę należy pozbawić pomocy. Ktoś jednym podpisem wydał wyrok bawiąc się beztrosko w Pana Boga. Niech zdycha sobie i nie przeszkadza nikomu (jej własne słowa). Z zasady nie przeklinam, ale w tej konkretnej sytuacji cisną mi się na usta wszystkie znane mi przekleństwa tego zasr….o świata. Powiedziano jej, że i owszem może sama sobie zrefundować leczenie. Kwota jest naprawdę ogromniasta. Z czego? Z niecałych 800 złotych renty? To ledwo wystarcza na wegetację; na rodzaj egzystencji, którego nie nazwałabym życiem.

Walcz! Pisz! Odwołuj się! Prosiłam i próbowałam zachęcić. Musi być jakieś wyjście, jakaś inna droga czy wyższa instancja. Do jasnej cholery.

„Nie mam już siły…. . Ja już na zawsze pozostanę na śmietniku życia” – odpowiedziała.