Noc. 29

                                           Tak, potrafi być nieznośnie długa, prawie bez końca. Chodzę cichutko po salonie. Śpi w nim nasz ukochany, ponad 15 letni pies – staruszek. Pomimo tego, że ma własne DWA wygodne legowiska, leży bezczelnie rozciągnięty na sofie. Wie, że za nic nie zostanie skarcony. Nawet nie drgnie, ponieważ słabo słyszy.

                                         Staram się robić jak najmniej hałasu. Rozpaczliwie spoglądam na, jakby stojący w miejscu, zegar. W moim brzuchu i w plecach znowu ten rozgrzany do białości pręt. Wierci i wierci. Wyglądam przez okno. Spokój przeraźliwy, cisza i ani jednego człowieka. Nawet wszechobecne koty gdzieś poznikały. We wszystkich sąsiedzkich domach opuszczone żaluzje. Nie specjalnie to lubię, ale sami je mamy. Wszyscy odcięci, wyizolowani od świata, zamknięci w swoich domach. Razem ze swoimi radościami, smutkami, troskami… .    Chce mi się wyć. Niech ta noc już się skończy.

                                         Wszyscy śpią z wyjątkiem mnie i mojej choroby.

 

Narkoza.

                                         Od mojej ostatniej operacji minęło już dwa tygodnie, a ja się ciągle nie potrafię obudzić z narkozy. Szlag mnie trafia! Świat widzę, a co gorsza słyszę, jakby za jakąś szklaną szybą. Wszystko dociera do mnie z poślizgiem oraz opóźnieniem. Dziwne i bardzo nieprzyjemne zjawisko, z którym czuję się zwyczajnie idiotycznie. W recovery room, zaraz po przebudzeniu, całkowicie zapomniałam o operacji. W pewnym momencie usłyszałam słowa:  

– proszę pani, proszę się obudzić!

– obudzić ? przecież ja wcale nie śpię – odpowiadam inteligentnie

– już jest po wszystkim, wszystko przebiegło dobrze i bez problemów – mówi przemiła pani anestezjolog

– ale co przebiegło?

– jak to co, operacja

– operacja? a jaka?

                          Okropne, ale prawdziwe. Niestety. Co ci lekarze nie potrafią z człowiekiem wyczyniać!

 

Psu na budę.

                                         Moja mama wyszła ze szpitala po ponad dwutygodniowym pobycie. W tym czasie przeszła na „drugą stronę” dwa razy i dwa razy przywrócono ją do świata żywych. Według lekarzy aktualnie nie istnieje zagrożenie dla jej życia. Aktualnie. Jak długo trwa, do jasnej cholery, „aktualnie”?

                                Jestem ciągle w szoku i przyznaję, że spanikowałam. Psu na budę ta cała moja psychologiczna wiedza. Wszystko stało się tak nagle i tak niespodziewanie. I co z tego, że jest już starszą panią skoro jeszcze nie jest staruszką? Ani fizycznie, ani tym bardziej psychicznie. Mama jest mentalnie młodsza od swoich rówieśniczek o jakieś 20 lat. Ma jeszcze tutaj bardzo, ale to bardzo wiele do zrobienia i do powiedzenia. Może brzmię trochę patetycznie, ale taka jest prawda.

Wszyscy mamy matki i wszyscy musimy je kiedyś stracić. Banał, ale także esencja życia.

„Vita enim cum exeptione mortis data est; ad hanc itur”. Czyli:” Życie bowiem zostało dane pod warunkiem śmierci; ku niej idziemy”. Hardcore.

                              Żałuję, że tyle czasu i energii straciłam na sporach z nią o przysłowiową szmatę, na sporach o rzeczy nieważne i trywialne. Myślę, że za mało pokazuję jej jaka jest ważna, mądra i potrzebna. Za mało poświęcam jej uwagi, troski i zainteresowania. Za mało koncentruję się na sprawach istotnych, a za dużo na pierdołach. Gubię gdzieś w zalewie życiowej sieczki i badziewia sprawy naprawdę ważne i jest mi szczerze przykro z tego powodu. Powinnam być mniej egoistyczna. Jeszcze nie jest za późno jak się okazuje. Przysięgłam sobie, że to się musi zmienić. I dlaczego jestem taka durna i nie wiedziałam o tym wcześniej? Nie wiedziałam? Halo. Mea culpa.

                                   Wczorajsze święto przeżyłam intensywniej niż zwykle myśląc o tym, że mogło ono przebiegać zupełnie inaczej.

 

Skrzydła.

Skrzydla.

Dodaj mi skrzydeł

Niech przeniosą mnie

Nad przepaścią

Zwaną życiem.

 

Dodaj mi skrzydeł

Niech uniosą mnie

Wysoko

Aż stanę się niewidzialna

I przeźroczysta jak wiatr.

 

Dodaj mi skrzydeł

Niech sprawią, że poszybuję

Daleko.

Do nikąd.

Do świata

Którego nie ma.

 

Dodaj mi skrzydeł

I połam je.

Niech szybują sobie beztrosko

Daleko.

Do nikąd.

Aż staną się niewidzialne

I przeźroczyste jak wiatr.

 

Bez ostrzeżenia.

                                      Wróciliśmy cali i zdrowi do domu. Niestety nie jestem w stanie opisać moich wrażeń. Muszę jakoś dojść do siebie. We wtorek po południu prawie zmarła moja mama. Sama nie wierzę w to, co piszę. Tylko szybka i naprawdę dobra oraz profesjonalna akcja lekarzy przywróciła akcję serca. Dzięki Wam doktory w szpitalu w Rybniku!

                          Moja mama nie jest starą, schorowaną staruszką i nigdy, ale to przenigdy nie skarżyła się na serce. Owszem miewa różne dolegliwości związane głównie z wiekiem, ale serce zawsze biło jak przysłowiowy dzwon.

A więc tak szybko i tak nagle wszystko może się skończyć?

Tak po prostu i tak bez ostrzeżenia?

 

Bez żadnych wcześniejszych znaków i symptomów?

Czy mało masz Boże ludzi naprawdę schorowanych, którzy nie chcą już dłużej żyć?

Naprawdę mało?

Rozejrzyj się do jasnej cholery uważnie dookoła.

                       Jedno pocieszenie: mama twierdzi, że umieranie jest całkiem przyjemne, tak jakby cały ciężar spadł lub spłynął z ciała gdzieś na ziemię. Nic ją nie bolało.

                      Ale na razie zwyczajnie muszę trochę o tym wszystkim zapomnieć i trzymać się jakoś jutro w szpitalu.

 

 

Obczyzna.

                               Jak się nic nie zmieni to jutro wyruszam do Polski. Jadę napakowana medykamentami „na zapas”. Nie było nas tam przez 2 lata, ale generalnie mieszkam poza krajem lat ponad 20, stąd pewnie bardziej stał się on w jakimś sensie „obczyzną”. W Polsce zmienia się bardzo wiele, ale rzecz jasna to nic odkrywczego i banał na dodatek. Niektóre zmiany ogromnie mnie cieszą jak na przykład to, że mamy aktualnie nową autostradę prawie do domu mojej mamy. Pierwszy raz z niej skorzystamy. Hip, hip hura!

                        Pisałam już na tym blogu o wrażeniach z ostatniej wizyty, a mianowicie o pewnym wg. mnie i wg. tutejszych, dobrych obyczajów, zapomnieniu podstawowych zasad savoir-vivre. Mam na myśli nie wyłączenie telewizora kiedy ma się ZAPROSZONYCH gości. Zabrzmię tutaj jak prawdziwa stara baba, ale kiedyś było to naprawdę nie do pomyślenia. Zobaczymy jak będzie tym razem.

                          Trudno jest uchwycić ten moment, kiedy człowiek dochodzi do wniosku „to nie jest już mój kraj”. I wcale nie musi być to smutne czy jakoś melodramatyczne. Zależy on (ten moment) od ogromnie wielu czynników: od wieku, wykształcenia, predyspozycji językowych, sytuacji i rodzinnej i materialnej, ale także od inteligencji. Od tego jak flexible się jest i jak bardzo chce się i jak bardzo jest się w stanie zintegrować z nowym społeczeństwem. Tak na chłopski rozum trzeba naprawdę umieć sobie uzmysłowić, że schabowy i ogórek kiszony to jednak nie są jedyne dobre potrawy na świecie, chociaż można nadal je lubić. Znam takich, którzy tak w zasadzie to nie mieszkają nigdzie, ani w kraju swojego urodzenia, ani za granicą. Poważny dramat. Wśród naszych bliskich i znajomych sporo jest spoza Belgii i wszyscy, ale to wszyscy po jakimś czasie dochodzą do tego samego wniosku, a mianowicie, że nie są w stanie powrócić do swojego kraju. Dotyczy to nawet szowinistycznych bezgranicznie z natury Francuzów. Ale to chyba jest temat na zupełnie inne opowiadanie.

                     Bardzo dawno temu o ojczyźnie tak niezwykle trafnie napisała Najukochańsza z poetek:

„Polsko, księżycu mój biały,

Który o byt swój walczysz wśród eteru,

Choć już jesteś, księżycowym zwyczajem,

Wzdłuż i wszerz poorany

Setkami kraterów….”

 

                             Na razie życzę sobie miłej podroży i tego, aby moje zdrowie było w stanie ją jakoś znieść. Amen.

 

Happy patient.

                            Szczęśliwie nie korzystam z polskiej służby zdrowia. Wiem z prasy oraz z rozmów ze znajomymi i z rodziną, że nie jest dobra, a wręcz można śmiało powiedzieć, że jest fatalna.

                   Jedną z bolączek są długie kolejki do lekarzy……. chociaż myli się ABSOLUTNIE każdy kto myśli, że tutaj takowych nie ma. Do mojego specjalisty czeka się na wizytę około 4 miesięcy. I nie wiem, czy pacjenta zadowala tłumaczenie, że to specjalista światowej sławy. Wtf, elegancko rzecz ujmując. Jak na damę zresztą przystało. Fakt, że jako stary, czyli długoletni (dla jasności) pacjent, mam taki status „zielonej karty” (nazewnictwo własne) i kiedy jest ze mną bardzo, bardzo źle to wysyłam do niego maila lub dzwonię zwyczajnie do sekretarki i widzę się z nim za 1,2 dni.

                   A tu bardzo proszę, ladies and gentelmen, znalazłam proste i własną głowę daję, że skuteczne rozwiązanie tego problemu:

 

Happy patient.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zmiany.

Zmiany.Wiele się zmienia

Wzory

Kolory

Człowiek się zmienia

Ten zdrowy

Ten chory.

 

Życie się toczy

Przez palce ucieka

Czy zdążę?

Czy będę?

Czy ktoś na mnie czeka?

 

Gdzie dobro?

Gdzie zło?

I gdzie ludzka twarz?

Gdzie mieszka ten stwórca

Który podobno jest w nas?

 

Wiele się zmienia

I płynie jak rzeka

Ty się nie zmieniasz

Wciąż jesteś

I czekasz.

 

Przed weekendem.

„Dr Alex Poplawsky z Uniwersytetu Bloomsburg zajął się działaniem na mózg przeciwutleniaczy zawartych w soku z czerwonych winogron. Dziewięciomiesięczne szczury (gdyby wiek ten przełożyć na człowieka, byłoby to 28 naszych lat) podzielono na dwie grupy. Jedna była pojona wodą, druga zaś przez trzy miesiące raczyła się do woli rozcieńczonym sokiem z winogron. Gdy szczury skończyły rok (odpowiednio 37 ludzkich lat), wszystkie znów przeszły na wodę i poddano je 15-dniowemu treningowi. Czekano, aż trochę zgłodnieją, a następnie uczono, że by dostać kolejną porcję pożywienia, muszą wetknąć nos w dziurę. Ale – uwaga – musiały to zrobić nie wcześniej niż po upływie dziesięciu sekund od dobrania się do poprzedniego kąska. Jeśli nie odczekały wystarczająco długo i szukały jedzenia np. już po siedmiu sekundach, za karę czekały dodatkowe dziesięć. I tak aż do skutku.

Okazało się, że szczury pojone sokiem z winogron dawały sobie radę znacznie lepiej i napełniały brzuchy dużo szybciej niż te chowane na samej wodzie. Te ostatnie mimo wielu prób wciąż rzucały się na jedzenie zbyt szybko i w efekcie czekały na nie dłużej. – Nasze badania dowodzą, że przeciwutleniacze zawarte w soku z winogron mogą poprawiać pamięć u starzejących się szczurów – oznajmił Poplawsky. – To całkiem przyjemny środek mogący i nam ludziom pomóc w walce z pogarszającą się na starość pamięcią – dodał naukowiec.

Jeszcze przyjemniej brzmią wyniki kolejnego doniesienia. Otóż mózg odnosi korzyści również z wina. Badania na ten temat prowadzi dr Giulio Pasinetti z nowojorskiej Szkoły Medycznej „Mount Sinai”. Wykorzystuje w nich szczególną odmianę myszy z genetycznie uwarunkowanym alzheimerem. Zwierzęta te zaczynają tracić pamięć, gdy mają sześć miesięcy, pierwsze ślady choroby pojawiają się trzy miesiące później, a u 14-miesięcznych zwierząt zmiany w mózgu są już bardzo daleko posunięte.

Małe, trzyipółmiesięczne myszki zostały podzielone na dwie grupy. Jedne piły wodę, a drugie dostawały codziennie porcję wina w dawce odpowiadającej tej, jaką lekarze zalecają sercowcom (jeden kieliszek dziennie dla kobiet, dwa kieliszki dla mężczyzn). Picie wina przyniosło myszom wyraźne korzyści. Zarówno dziewięcio-, jak i 14-miesięczne, a więc wyraźnie już chore, znacznie lepiej dawały sobie radę w odnajdywaniu zanurzonej w wodzie platformy.

Pasinetti ma już gotowe wyjaśnienie, skąd bierze się ochronne działanie wina. Twierdzi, że zawarte w nim flawonoidy nie pozwalają łączyć się niezdrowym białkom w większe kompleksy uszkadzające mózg.

Naukowiec ostrzega, by wyników jego badań nie wprowadzać bezkrytycznie w życie. Przypomina, że spożywanie alkoholu nawet w umiarkowanych dawkach wiąże się z najrozmaitszymi niebezpieczeństwami. Być może rozwiązaniem na przyszłość będzie więc pigułka z winnym ekstraktem (próby z ich użyciem już trwają).

– Ja jednak optuję za dwoma kieliszkami czerwonego wina – podsumowuje Pasinett”.

(Gazeta Wyborcza).

Nie jestem specjalnie zwolenniczką eksperymentów na zwierzętach, chyba, że służą one celom medycznym. Czy ten opisany eksperyment taki jest można by dyskutować. Z premedytacją nie kupuję np. kosmetyków właśnie na zwierzętach testowanych. 
Ale….ten wpis jest zupełnie o czymś zupełnie innym; jest mianowicie dobrą wiadomością dla tych wszystkich, którym właśnie zaczyna się weekend.

Salute!