Miracle.

                                “Co niemożliwe jest możliwe”. A jednak „ikroopka” miała rację, że coś wymyślę. W zasadzie to powinnam aktualnie leżeć sobie wygodnie na stole operacyjnym, a tu proszę siedzę sobie, wprawdzie również wygodnie, ale przed komputerem. Powinnam cieszyć się szerokim zainteresowaniem lekarzy, chirurgów, pielęgniarek i anestezjologów, a tu nic. D*** zimna (no nie dosłownie……. jeszcze). Ja nie wymyśliłam nic, ale moje cudowne, niezawodne ciało tak. Zawsze, ale to zawsze mogę jednak na nim polegać. Mam złe wyniki badań krwi i operacja zwyczajnie musi zostać odłożona z powodów, jak to określono, medycznych.

Nowy termin ustalono na 18.05.

                              Hip, hip hura! Cieszę, się jak wariatka, a przecież racjonalnie rzecz ujmując, w środę wszystko miałabym już za sobą. I tak naprawdę wtedy miałabym PRAWDZIWY powód do radości.

Ja chyba jednak nigdy tak w rzeczywistości nie zmądrzeję.

 

Samotność.

                          Oto cytat na dzisiejszy wieczór:

 „Odkąd cię pokochałem, moja samotność zaczyna się dwa kroki od ciebie”.

 Amen.

                                                                                     Jean Giraudoux.       

 

Byle do czwartku. 31

                                    I znowu samotne dni i noce. Jak to jest, że tysiące ludzi na tym świecie jakoś sobie radzi z samotnością, a ja nie? Piękna i cudowna jest taka wielka, spełniona miłość, ale także trochę paraliżująca. „ Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem się ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu”. (Vincent van Gogh).

                          Ja tak zwyczajnie nie potrafię. Jestem najzwyklejszą więc egoistką i kobietą zaborczą. Pragnę natomiast z całego serca szczęścia mojego męża…….. niekoniecznie jednak wbrew mojemu.

                          Zorganizowałam sobie wiele spotkań z przyjaciółmi na ten czas, mam zamiar wysprzątać zabałaganioną do granic możliwości garderobę, wyrzucić stosy niepotrzebnych ubrań, idę nawet do fryzjera, czego naprawdę serdecznie nie znoszę. Pozwolę się ogłupiać telewizorowi. Aby tylko zabić czas. Tragiczne wieści z Polski, rzecz jasna, nie podnoszą nastroju.

Muszę przeżyć do czwartku.
Byle tylko do czwartku.

To w zasadzie wcale nie tak długo.

 

Lustro.

Lustro.Przeglądam się

W twoich oczach

I widzę piękno.

 

Przeglądam się

W twoim sercu

I widzę dobro.

 

Przeglądam się

W twoich myślach

I widzę kobietę.

 

Patrzę

Na twój uśmiech

I widzę miłość.

 

Czar prysnął.


Właśnie

Przejrzałam się

W lustrze.

 

Programowanie mózgu.

                               Wczoraj byłam na kontroli w szpitalu. Po raz kolejny bardzo, ale to bardzo jestem zadowolona ze zmiany szpitala chociaż mam do pokonania bez porównania większą odległość. Bez wielkich nazwisk i bez wielkich tytułów przed nimi, ale grzecznie, punktualnie, kompetentnie, miło i zwyczajnie po ludzku. Ogromna różnica. Jak różnorodnie można jednak traktować człowieka jako pacjenta: przedmiotowo lub podmiotowo. Znacznie, ale to znacznie mniej stresu.

Jak ten chirurg to robi, że czuję się tam jak na przyjacielskiej pogawędce?

A przecież chodzi o poważne sprawy oraz o poważne problemy.

                             Pacjent jako podmiot, jako partner w leczeniu, traktowany poważnie, traktowany z respektem i z szacunkiem; w tym według mnie tkwi esencja sztuki medycznej przez bardzo, bardzo duże „S”. Tak w skrócie. Niby proste i oczywiste, nawet banalne, a tak trudne do osiągnięcia.

                            Niestety moje ukochane procratination dobiegło końca. Operacja musi jednak się w końcu odbyć choćbym niewiadomo jakich sztuczek używała. Zresztą, przebogaty btw, ich arsenał już mi się wyczerpał. Termin został ustalony na wtorek 20.04. Zostało mi więc 12 dni do zabiegu i teraz intensywnie pracuję nad zaprogramowaniem mojego mózgu tak, aby myślał on i zajął się czymś innym.

Łatwo powiedzieć.

 

Chora jak pies.

                               Tak się mówi po flamandzku. Ziek zoals een hond.

Kilka dni minęło jakby bez mojej wiedzy, poza mną i beze mnie. Wysoka gorączka, sparaliżowane nogi i jakby częściowa utrata świadomości. Boże. Przebywałam w innym świecie i jakby w malignie. Nie wiem czy byłam w niebie czy w piekle, czy raczej biorąc pod uwagę moje ateistyczne poglądy, raczej gdzieś pośrodku.

                              Ledwo dotarłam do toalety oraz do łazienki i prawie wcale nie miałam siły dotrzeć do komputera. Straszne uczucie niemocy i bezsilności, którego naprawdę nikomu nie życzę.

Ale nie wylądowałam w szpitalu. Jak to zwykle drzewiej bywało.

                              Wcale nie miałam ochoty na wino i mój mąż zaczął się martwić, że naprawdę umieram :).Jak zawsze staram się żartować, robić przysłowiową dobrą minę do złej gry, ale sytuacja wcale ale to wcale nie była śmieszna.

A pomyśleć, że tak całkiem niedawno chwaliłam się na tym blogu, iż czuję się lepiej….

 

Pociąg zabójca.

                                  Jestem pod ogromnym wrażeniem i bardzo, ale to bardzo przygnębiona. W ubiegłym tygodniu jedna z naszych dalszych znajomych wskoczyła pod pociąg popełniając rzecz jasna samobójstwo. Zostawiła męża, trzech synów, matkę i siostrę. Zostawiła także znakomicie wprost funkcjonującą praktykę lekarską, duże uznanie i respekt wśród pacjentek i wśród ich rodzin. Była lekarzem ginekologiem bardzo, ale to bardzo w naszym mieście uznanym i szanowanym. A o to tutaj nie jest łatwo biorąc pod uwagę fakt, że mamy szczęście posiadać jeden z największych i najlepszych szpitali uniwersyteckich w Europie, a więc konkurencja jest naprawdę spora, a wymagania i oczekiwania zarówno lekarzy jak i pacjentów wysokie.

                                 Była młoda, miała bowiem tylko 39 lat. Jeszcze prawie całe życie przed sobą. Życie potencjalnie piękne i spełnione, gdyż oddane innym. Pochodziła z szanowanej, cieszącej się głębokim uznaniem rodziny. Jej ojciec był kiedyś mentorem mojego męża.

Pomogła tysiącom kobiet.

Sprowadziła na świat tysiące dzieci.

                                 Jak to jest, że Jej w decydującej chwili nie pomógł absolutnie nikt?

 

Nowoczesna kobieta.

                                           Ze zgrozą dowiedziałam się od mojego męża, że zaczęłam chrapać w nocy. No ludzie! Wprawdzie widząc moje przerażenie szybko dodał, że TYLKO pochrapuję i tylko CZASAMI, a w zasadzie to RZADKO, ale jednak. To nowość w naszym długoletnim związku i jestem autentycznie przerażona! Do tej pory utożsamiałam chrapanie, z bardzo, ale to z bardzo wiekowymi facetami. W żadnym wypadku nie ze mną, na wskroś wysublimowaną, delikatną kobietą :).

                                         Jak powiązać to chrapanie z własnym wizerunkiem nowoczesnej kobiety?

No jak?

Nowoczesna kobieta bowiem:

– godzi funkcje: matki/żony/teściowej/córki/kochanki/partnerki z wysokim stanowiskiem w pracy bez najmniejszego wysiłku i na dodatek nigdy, przenigdy się nie pocąc

– rano wstaje z łóżka bez rozczochranych włosów i w niepogniecionej, najlepiej w jedwabnej, piżamie

– jest często zapraszana do wytwornych restauracji i pomimo tego nie przybywa jej ani grama tu i ówdzie

– jak mężczyzna prosi ją o rękę to dostaje zawsze pierścionek z diamentem wielkości co najmniej śliwki

– nawet leżąc w szpitalu po operacji ma bezbłędny makijaż

– w domu, w którym mieszka nigdy nie ma bałaganu

– rzadko boli ją „wtedy” głowa

– jest zawsze, ale to zawsze elegancko i bezboleśnie wszędzie wydepilowana

– obcy jest jej celulitis i inne tego rodzaju paskudztwa, gdyż posiada niezwykle skuteczne kremy dosłownie na wszystko

– nie łamią się jej paznokcie i nie odpryskuje z nich lakier

– z wiekiem nic jej nie zaczyna opadać i zwisać; au contraire, mając 40 lat i odpowiednie zasoby wygląda lepiej niż 15 lat wstecz

– wygląda świetnie i trendy nawet robiąc zakupy po całym dniu pracy

– jeździ sobie regularnie do SPA gdzie spotyka zabójczo wyglądającego masażystę

– beznadziejni faceci to zawsze mężowie/partnerzy oczywiście innych kobiet

– nie wyskoczy jej żaden pryszcz ani żadne inne świństwo przed jakimś ważnym spotkaniem lub uroczystością

– wielu, naprawdę wielu rewelacyjnych mężczyzn nieustannie za nią szaleje, ale ona jest ponad to i jedynie często o tym opowie innym babom zachowując wrodzoną skromność

– no i na 100% nie chrapie, a nawet z rzadka nigdy nie pochrapuje.

 

 

Pomoc.

Pomoc.

Pomóż mi pomagać

Pomóż mi zrozumieć

Pomóż mi być dzielną

I zaistnieć w tłumie.

 

Pomóż mi tworzyć

Pomóż mi żyć

Doradź jak nie tracić marzeń

I bez trwogi zwyczajnie być.

 

Pomóż mi mieć nadzieję

Pomóż mi mieć cierpliwość

Pomóż mi być sobą

Zachowując inność.

 

Pomagaj mi w rozterce

Pomagaj mi stale

Jednak rozumnie

Pomagaj mi siebie znaleźć

Umieć czego nie da się umieć.