Luksusowe dylematy.

                         Zaplanowaną podróż do Paryża próbuję zrealizować. Niestety, wielką tajemnicę musiałam mężowi zdradzić, gdyż On jest z tych zapracowanych, zaangażowanych oraz włóczących się po świecie. Choroba nie wie absolutnie nic 🙂 Na razie.

                        Chciałabym bardzo, aby Jego urodziny obchodzić gdzieś z dala od domu. Od lat mamy taką tradycję, że w lutym planujemy coś w rodzaju city trip. Niestety, w ostatnich latach było to zwyczajnie niemożliwe…..

                        Ale spotkała mnie niemiła niespodzianka; często korzystaliśmy z opcji TGV + jakiś hotel, co wychodziło znacznie taniej. A tu d*** zimna. Nic takiego nie znalazłam. Sama podróż kosztuje więc okropnie drogo. Wiem, że wprawdzie szybko (z Brukseli do Paryża tylko 1h22 minuty) miło i komfortowo, ale czuję się trochę jakby zawiedziona. Taka opcja łączenia biletu na pociąg z biletem do hotelu sprawdziła się nam kilkakrotnie znakomicie.

Ciekawam, dlaczego TGV zrezygnowało z takich właśnie akcji?
Czyżby mieli naprawdę tak wiele klientów nawet w martwym sezonie?

                       Zastanawiam się czy nie pojechać lub polecieć w jakieś inne, atrakcyjne miejsce. Myślę np. o Londynie (byliśmy), Amsterdamie (również byliśmy), Lille (nigdy nie byliśmy a słyszałam i czytałam, że jest tam naprawdę bardzo pięknie) lub o Lyon (byliśmy).

Myśleć, myśleć, myśleć!

Panie Boże, daj mi więcej tylko takich luksusowych dylematów, please !

 

Cień uśmiechu.

Serce na spacerze.Nie wiedziało, że istnieje

A istniało.

 

Było małe, kruche, wiotkie.
Serce drgało.

 

Chciało bardzo się obronić

Nie umiało.

 

Chciało zostać, kochać, rosnąć

Tworzyć, pragnąć

Być po prostu.

 

Popłynęło szybko, sprawnie, bez oddechu.

Został po nim gdzieś w przestworzach

Cień uśmiechu.

 

Remedium.

                                Wszędzie w aptekach pełno lekarstw (ale chyba mniej niż kosmetyków). Piętrzą się na półkach, zalegają w szufladach. Pięknie wyglądają i podobno czynią cuda. I tak w zasadzie to są, istnieją jakieś leki na wszystko. Podobno.

                                Tysiące ludzi, naukowców, pracuje nad nowymi. Wielkie firmy farmaceutyczne robią kokosowe interesy zarabiając miliony na chorych ludziach. W rozmaitych artykułach i książkach czytam jak sprawnie można dzisiaj prawie wszystko wyleczyć. Informacje są przeważnie niezwykle optymistyczne, a teoria wygląda różowo i zachęcająco.

                                 A jednak mojego bólu NIKT w praktyce nie potrafi poskromić. Nie chcę brać morfiny, aby się nie uzależnić, a zwykłe lekarstwa przeciwbólowe, chociaż bardzo silne, nie działają. A jeżeli trochę pomagają to zwykle tak, że czuję się jak zombi, niezdolna do normalnego funkcjonowania oraz komunikowania się z ludźmi.

Gdzie do diabła kryje się tajemnica?

I czy ktoś kiedyś mi pomoże?

Może somewhere jest jednak jakieś remedium?

Gdzie do jasnej cholery?

 

Cud narodzin.

                             Wiem, że trochę jakby po czasie, ale warto przeczytać. Za kilka miesięcy znowu bowiem są święta.

 BÓG SIĘ RODZI.

To w sumie jest zwyczajny dzień, 
Słońce zachodzi, Gwiazda wschodzi 
i tylko jeden błahy fakt, 
w tym dniu szczególnym…Bóg się rodzi. 

Normalny, wielkomiejski gwar, 
błyskotki wprawiające w podziw 
i drobiazg mały jak dziecina, 
drobnostka taka… Bóg się rodzi. 

Wrzeszczą reklamy, pędzi tłum, 
właściwie kogo to obchodzi, 
że niedaleko, obok, tuż 
w marnej stajence… Bóg się rodzi. 

Pajac udając Mikołaja 
po sztucznym puchu z workiem brodzi, 
a gdzieś bez fanfar, świateł, braw, 
samotny, kruchy… Bóg się rodzi. 

Gwiazda z okładki szczerzy kły 
blaskiem i blichtrem tłum uwodzi, 
a tam nieatrakcyjna rzecz, 
ot, nic wielkiego… Bóg się rodzi. 

Pismak w gazecie uczy nas 
co nam się godzi, co nie godzi, 
czy w klasie wolno wieszać krzyż, 
a tam w jasełkach… Bóg się rodzi. 

Klaksony ryczą, auta mkną, 
karetka wyje i zawodzi, 
Czy coś się stało? Ależ skąd, 
przecież to tylko… Bóg się rodzi. 

Wielka promocja! Superhit! 
Cisną się starzy, garną młodzi. 
A co tu dają? Warto stać? 
Nie, nie ma sensu… Bóg się rodzi. 

Willa z basenem, ogród, grill. 
Haruję, więc mi się powodzi, 
A co poza tym? To nie żart? 
Co pan powiedział? Bóg się rodzi? 

Proszę wybaczyć, spieszę się.

Za chwilę pociąg mam do Łodzi. 

Był wczoraj w radiu jakiś news, 
coś wspominali… Bóg się rodzi. 

Mijają święta, cicho, sza, 
świąteczny nastrój mróz ochłodził. 
Czy pan coś słyszał? Ponoć Ktoś 
w te Święta dla nas się narodził? 

Gdzieś coś słyszałem, ale cóż… 
człowiek tak goni… szkoda gadać, 
więc nie chciałbym, rozumie pan, 
na temat ten się wypowiadać… 

Narodził się w Betlejem Bóg, 
bez trąb, hałasu i atłasu. 
Wtedy Mu poskąpiono miejsca, 
myśmy Mu poskąpili czasu. 

Narodził się – to znany fakt, 
by ziemską z nami dzielić dolę, 
więc w Święta znajdź dla Niego czas 
i wolne miejsce zrób przy stole.

 

„Cud narodzin” by Jerzy Skoczylas.

 

 

Odroczenie egzekucji.

                                   Planowana na początek stycznia operacja się nie odbędzie!

Hip, hip hurra!

Niestety nie oznacza to, że się ona nie odbędzie ogóle, ale jest przesunięta na luty. Może więc głupio się cieszę?

Głupio, nie głupio zawsze lubiłam przekładanie, przesuwanie, odkładanie spraw i rzeczy na później.

                        Mogę więc, w głębokiej tajemnicy przed moim mężem i przed chorobą, zacząć planować podróż do Paryża dla uczczenia Jego urodzin.

 

Nowa generacja.

                                                               Nowa generacja.

                                                                                               (Kamagurka).

                               Tłumaczenie:

 Chłopiec spotyka Mikołaja i mówi do niego:

 “Myślałem, że istniejesz tylko w Internecie !”.

    

            Signum temporis?

 

Powierzchowność.

                               Dostajemy ich sporo. Przychodzą regularnie, nawet pod koniec lutego. Kartki świąteczne i noworoczne. Doceniam w zasadzie to, że ktoś o nas pomyślał, poszedł kupić, wybrał i coś napisał. Ale właśnie o to „coś” mi chodzi. Może się i czepiam, ale nie cierpię kartek – druków z grafomańskimi najczęściej tekstami. Pod nimi zwykle nabazgrolone imiona. I to wszystko. Ale może lepszy rydz niż nic?

                              Czy to naprawdę tak trudno napisać coś od siebie? Tak zwyczajnie od serca?

                      Wysyłamy sporo kartek; na wszystkich oryginalne słowa, wiersze, teksy i życzenia. Wszystko pięknie napisane, pokreślone, wykaligrafowane wprost. Zajmuje mi to naprawdę sporo czasu, gdyż mamy znajomych w różnych częściach świata i każdy otrzymuje kartkę we własnym języku. Wiele pracy i wysiłku. Dlatego chyba tak bardzo mierzwi mnie taka powierzchowność nazwijmy to kartkowa.

                      Mój mąż, człowiek uznany w świecie w swojej dziedzinie naukowej, otrzymuje dziesiątki kartek z życzeniami od firm, uniwersytetów i instytucji. Nawet ich nie otwiera i od razu wyrzuca do kosza. Nic nieznaczące druki firmowe. O marnotrawstwie papieru nawet nie wspomnę. Tylko w ubiegłym roku otrzymał 62 kalendarze z logo firmy obowiązkowo umieszczonym prawie wszedzie.

                      Ja dostaję kartki np. ze sklepów, w których kupuję regularnie, gdzie oprócz życzeń przypomniane są, a jakże, godziny otwarcia i zachęta do odwiedzin. Wkurzające. W jednym sklepie, bardzo, bardo dawno temu kupiłam jedną (!) filiżankę i od tego momentu właściciele troszczą się co roku o moją przyszłość. Jestem wzruszona. Dostałam także kartkę od mojego dentysty i z utęsknieniem wprost czekam na życzenia od chirurga i ginekologa. Przyszły życzenia od wydawnictwa gazety, na którą mamy abonament oraz od kosmetyczki, do której czasami chodzę. Jubiler, u którego mój mąż kupił dla mnie biżuterię, życzy nam dalszej prosperity, na wszelki wypadek w 4 językach i ma nadzieje widzieć nas szybko ponownie. Pewnie, normalni ludzie kupują przecież np. diamenty przynajmniej raz w roku.

                       Wszyscy życzą mi, a dokładnie mojemu portfelowi, wszystkiego najlepszego.

 

Heeeeelp!

 

Stwórca.

                            Święta się skończyły. Minęły miło i spokojnie; udało się nam uniknąć kiczu, cyrku i szopki. Zbliża się Nowy Rok, a więc okres podsumowań. Nienawidzę tego. Zawsze wtedy ogarnia mnie większy niż zazwyczaj smutek.

                            Kogo winić za autoimmunologiczną chorobę, której nie da się wyleczyć? Jak leczyć „coś”, co niewiadomo skąd się wzięło? Do kogo mieć pretensje?

Do Pana Boga, w którego się nie wierzy? Do złych genów? Przypadku?

 

                            Już dawno temu niezawodna, Najukochańsza z Poetek napisała w wierszu „Stwórca”:

„ A więc mnie nikt nie przeprosi za wszystko to, co się stało?

Nikt się nie będzie tłumaczył, że nie mógł wymyślić lepiej?

Nikt mi nie powie: Maleństwo, jakżeś się dzielnie trzymało!

Nikt mi medalu nie przyzna ni po ramieniu poklepie?”

 

 No właśnie nikt.

 

Areszt domowy.

                        W Belgii zima! Paraliż i paranoja; nic nie działa i nie jeździ. Kompletny chaos. Mój mąż zwykle wraca z pracy do domu autostradą w jakieś 25 minut, a w ubiegły czwartek zajęło Mu to 3,5 godziny. Śnieg to niestety dla mnie areszt domowy, jak nie przymierzając dla innego, sławnego Polaka. Ale ma swój urok.

Areszt domowy1.

                           Pies, zupełnie ze śniegiem nieobeznany, na znak protestu chyba, przestał sam wychodzić do ogrodu i nie sika więc.