Procedura.

                                   Klient jest królem. “Klant is de koning” tak to brzmi po niderlandzku. I faktycznie na jakość obsługi w tutejszych sklepach i restauracjach raczej narzekać nie można. Chyba dlatego doprowadziło mnie do frustracji takie oto zdarzenie.

                                    Jesteśmy zaproszeni na imprezę sylwestrową. Niewielka, kameralna, ale wiadomo, trzeba jakoś wyglądać. W tutejszej galerii zobaczyłam śliczną sukienkę; prostą, z jedwabiu, w moim ulubionym less is more stylu, po całkiem przystępnej cenie. Na dodatek w morskim kolorze, a więc znakomicie pasującą do moich oczu. Przymierzam (czego serdecznie szczególnie zimą nienawidzę) jedną i drugą. Obie za duże. Potrzebuję rozmiar „S”, a ten tylko jest na manekinie w stoisku „Benettona”. Niestety, jak się dowiaduję, sprzedawczyni tej firmy jest chora i nie ma absolutnie mi kto pomoc. Obok stoją dwie pracownice z innej kolekcji, absolutnie nic nie robią i chętnie by mi pomogły, ale to nie ich stoisko i nie znają na taką sytuację PROCEDURY. Idę, zdeterminowana, do obsługi klienta. Manager suprise, suprise, nieobecna, przebywa na szkoleniu w Brukseli. Ale jest zastępca zastępcy. OK., dobre i to. Zatroskana, chętnie by mi pomogła, ale ten manekin może być rozebrany tylko przez sprzedawczynię z danej firmy. Taka u nich PROCEDURA. Dodam, że wychudzony, blady jak śmierć manekin nie stoi na wystawie, tylko na stoisku w sklepie jako zwykły wieszak. Jestem wkurzona na maxa. Kiedy wróci sprzedawczyni nikt nie wie. Mówię, że nie mogę na jej powrót czekać, gdyż wyjeżdżam jutro za granicę. Kłamię, rzecz jasna, jak z nut. Zastępca zastępcy martwi się i po wykonaniu kilku (!) istotnych telefonów postanawia poprosić ochroniarza o rozebranie manekina. Po 5 minutach przychodzi jakieś 2 metry wytrenowanego, spalonego w solarium mięsa, dosłownie i w przenośni spogląda na mnie z góry i po wysłuchaniu całej historii ogłasza, że to w zasadzie nie należy do jego obowiązków i wykonując to dziwne polecenie łamie PROCEDURĘ. Szlag mnie trafia. Oznajmiam, że w takim razie ja złamię PROCEDURĘ i rozbiorę nieszczęsnego manekina sama, a oni mogą dzwonić po policję. Sytuacja robi się napięta. W międzyczasie zbiera się grupka znudzonych sprzedawców oraz klientów. Klienci są zdecydowanie po mojej stronie i wyrażają niezadowolenie z pracy personelu. Robi się dyskusja na temat irracjonalności i bezzasadności przepisów w normalnym życiu, w której jednak nie biorę udziału. Stoję zmęczona, zła, opierając się na lasce. Jestem niepełnosprawna i wiadomo, że sama w życiu manekina nie rozbiorę. Zastępca zastępcy, niezadowolona z przypadkowego zgromadzenia w renomowanym w końcu sklepie, sama rozbiera manekina łamiąc tę tragiczną PROCEDURĘ. Rozbieranie trwało jakieś 1,5 minuty.  

                                    Na znak protestu chciałam sukienki NIE kupić, ale kupiłam. Kupiłam jednak sukienkę w rozmiarze „M”, a więc nie tę z manekina. Wychodząc ze sklepu przypadkowo się obejrzałam; zastępca zastępcy życzyła mi wzrokiem przynajmniej spadnięcia ze schodów.

 

Tak jakbym, kurde, nie miała innych problemów w życiu.

 

The bad girl.

                                         Książka bardzo znanego i cenionego w świecie Mario Vargas Llosa. Nienajnowsza już, ale dopiero teraz odkryłam. Ciekawa, dowcipna, oryginalna. Dobrze napisana. Jak to zwykle u tego autora zresztą .Historia naprawdę intrygująca, dziejąca się w latach pięćdziesiątych, pełna scen poświeconych obsesji seksualnej. Przeczytałam w zasadzie jednym tchem.

                                         Książka nie tylko mnie spodobała się i myślę, że może to być znakomity wprost prezent pod choinkę!

„Mario Vargas Llosa’s perversely charming new novel isn’t among his major books — it lacks the depth ofConversation in the CathedralAunt Julia and the Scriptwriter or even the more recent and less successful The Feast of the Goat— but it is irresistibly entertaining and, like all of its author’s work, formidably smart. Its story of romantic and sexual obsession is characteristic of Vargas Llosa, as are its two principal characters: the narrator, Ricardo „Slim” Somocurcio, an amiable man whose ambitions extend no further than „a nice steady job that would let me spend, in the most ordinary way, the rest of my days in Paris,” and the woman — we don’t know her real name until a few pages from the end — whose „indomitable and unpredictable . . . personality” wholly captivates him.

It is commonly assumed that Vargas Llosa’s male protagonists are autobiographical, as often is obviously the case, but resemblances between him and Ricardo Somocurcio pretty much end with their mutual admiration of women and vexation over Peruvian culture. Ricardo’s lack of drive, on the other hand, scarcely mirrors his creator’s powerful ambition. American readers may not fully appreciate what a force Vargas Llosa is in his native Peru, where he spends about a quarter of each year. He enjoys a prominence — literary, social, cultural, political — that no American writer could dream of achieving. Not only is he by far Peru’s best known writer, of fiction and nonfiction, he also writes a regular, highly influential column for El Comercio, the country’s premier newspaper, he was a serious candidate for the presidency in 1990 (he was defeated by the now disgraced Alberto Fujimori), and he is a familiar, adored figure to millions of Peruvians”.

Jonathan Yardley’s e-mail address is yardleyj@washpost.com.

 

 

Proza życia.

                                         Na dworze +12 stopni, a wszędzie wiszą Mikołaje oraz ozdoby świąteczne. Jakoś nie gra to jedno z drugim. Za żadną cholerę. I pomyśleć, że są CIĄGLE ludzie, którzy ocieplenie klimatu uważają za fanaberię!

Muzyczka „ jingle bells” po raz chyba setny leci w radiu, tym razem dopasowana do sprzedaży majonezu.

Brzuch w nocy bolał mnie wprost tragicznie. Spałam jakieś 3 godziny.

Nasz 80-letni sąsiad wyglądający jak „dead man walking” bezskutecznie czeka na śmierć, aby dołączyć do swojej ukochanej żony.

W sklepach tłumy poszukujące prezentów, które się już w styczniu zwyczajnie wyrzuci. Albo podaruje w przyszłym roku komuś innemu.

Mój mąż zapracowany i zajęty do granic możliwości.

Moja mieszkająca w Polsce mama już uległa typowej, głupiej i niepotrzebnej panice świątecznych przygotowań.

Setki tysięcy karpi, gęsi i indyków czeka na śmierć w imię jakiś tradycji. Nikt im nie okaże tak powszechnego podobno, chrześcijańskiego miłosierdzia i egzekucja jest nieodwołalna.

W autobusie spotkałam grubego, spasionego Mikołaja, który wręczył mi speculosa.

W Iraku znowu 50, 60, 80 ofiar śmiertelnych. Who cares?

Za chwilę pojawi się u mnie nasz lekarz domowy, aby dać mi cotygodniowy zastrzyk, po którym będzie strasznie chciało mi się wymiotować.

W radiu, telewizji, gazetach w spotach reklamowych nagle wszystko jest prawie gratis.

Słowo „promocja” nabrało prawie filozoficznej głębi.

Normalni z pozoru faceci chodzą po mieście w czapkach mikołajowych i wcale się nie przejmują, że wyglądają po prostu żałośnie.

Wszyscy zgodnie marzą o The White Christmas, ale jak tutaj spadną 2 milimetry śniegu, ulegają powszechnej paranoi, paraliżując niemalże cały kraj.

Och życie… .

 

Totalna porażka.

Niestety!

                       Totalna porażka. Nie udało mi się być dzielną. Byłam znowu bardzo smutna i bardzo samotna. I się smuciłam, i wydziwiałam, i piwniczkę z winem (po części) opróżniłam.

Ach ta moja miłość!

Pasuje do niej wiersz poety, którego nie znam zbyt dobrze, ale sprawę trafnie ujął:

„ Nie lękaj się mnie,

jestem twoim,

ale

nie jestem przechodniem ani żebrakiem,

jestem twoim władcą,

na którego czekałaś,

i teraz wchodzę

w twoje życie,

żeby nie wyjść już nigdy,

kochana, kochana, kochana,

żeby zostać”.

                                      (P.Neruda).

 

Szczęście.

Szczescie.

Skaleczone

Podrapane

Delikatne

Rozedrgane

 

Szczęście moje wypłakane.

 

Mgłą okryte

Deszczem myte

Łzami tkane

 

Szczęście moje wypłakane.

 

Czułe

Własne

Moje

Chciane

 

Szczęście moje wypłakane.

 

Piękne nocą

W sieć schwytane

 

Szczęście moje wypłakane.

 

Rogier van der Weyden.

                               Bardzo fajny i miły weekend. Niedzielne popołudnie spędziliśmy w nowootwartym u nas muzeum o wdzięcznej nazwie „M”. Sporo muzeów już w życiu zwiedziłam, od Nowego Yorku po różne mniej lub bardziej znane muzea europejskie, a więc mam jako taką skalę porównawczą. Budynek nie jest duży, ale bardzo, bardzo piękny. Oryginalnie architektonicznie zaprojektowany. Ciekawie i niekonwencjonalnie, a bez wydziwiania. Osobiście naprawdę bardzo lubię muzea. Można bowiem na cały dzień przenieść się do innego świata, do innej rzeczywistości, innych realiów i zapomnieć chociaż na chwilę o dniu dzisiejszym. Koneserem malarstwa niestety nie jestem, ale podziwiam szczerze niektórych artystów.

                              A propos samej wystawy: Rogier van der Weyden należy do czołowych przedstawicieli tzw. Vlaamse Primitieven. Uprawiał głównie malarstwo religijne, a jego zasługą to wprowadzenie elementów emocji do scen religijnych. Co ciekawe był uznanym malarzem także w trakcie swojego życia, a jak powszechnie widomo niewielu twórców to spotyka. Niektórzy biedowali i cierpieli nędzę, gdy aktualnie ich dzieła kosztują miliony. I co im z tego. Ano nic. Taki Vincent Van Gogh nie przymierzając. Wrażenie? No cóż, ten typ malarstwa, to nie jest my cup of tea, ale w sumie ciekawa i interesująca ekspozycja. Co sprawia, że ludzie ciągle, tłumnie chodzą oglądać dzieła człowieka, który już od ponad 600 lat nie żyje? Jest w końcu na świecie tylu innych malarzy. Według mojej skromnej opinii lepszych od niego. Ale ja się nie znam.

                               Generalnie naprawdę warto było. Niestety cafetaria, jak na flamandzkie warunki jest beznadziejna; brudna, byle jaka, a wybor dań naprawdę minimalistyczny. A szkoda, gdyż chcielismy połączyć coś miłego dla ciała z czymś miłym dla duszy. Lub odwrotnie.

                                A teraz proza życia. Mój mąż właśnie leci do Bostonu, a więc samotność, jak zawsze, da mi się nieźle we znaki. Postanowiłam jednak za bardzo tym razem nie wydziwiać i nie smucić się. Czy mi się uda?

                               Pewno nie. Jakby co, to piwniczka z winem jest gotowa do niesienia mi niezbędnej pomocy.

Wiadomość.

                Zła wiadomość, het slecht nieuws, the bad news, la mauvaise nouvelle, la novella mala. Obojętnie jak ją nazwać, pozostanie ciągle złą wiadomością.

                  Muszę niestety znowu iść do szpitala na operację. Nie zgodziłam się na zabieg w grudniu; w ubiegłym roku byłam ciężko i poważnie operowana właśnie w grudniu. Zdychałam potem jak pies (nie mój pies of course), a to przecież okres świąteczno-noworoczny.  Na dodatek urodziny w najbliższej rodzinie. W styczniu więc.

                    Fajna perspektywa. Aż się pisać i żyć się nie chce…. .

 

Desiderata.

                                                       DESIDERATA.

— written by Max Ehrmann in the 1920s — 
Not „Found in Old St. Paul’s Church”! — see below

Go placidly amid the noise and the haste, 
and remember what peace there may be in silence.

As far as possible, without surrender, 
be on good terms with all persons. 
Speak your truth quietly and clearly; 
and listen to others, 
even to the dull and the ignorant; 
they too have their story. 
Avoid loud and aggressive persons; 
they are vexatious to the spirit.

If you compare yourself with others, 
you may become vain or bitter, 
for always there will be greater and lesser persons than yourself. 
Enjoy your achievements as well as your plans. 
Keep interested in your own career, however humble; 
it is a real possession in the changing fortunes of time.

Exercise caution in your business affairs, 
for the world is full of trickery. 
But let this not blind you to what virtue there is; 
many persons strive for high ideals, 
and everywhere life is full of heroism. 
Be yourself. Especially do not feign affection. 
Neither be cynical about love, 
for in the face of all aridity and disenchantment, 
it is as perennial as the grass.

Take kindly the counsel of the years, 
gracefully surrendering the things of youth. 
Nurture strength of spirit to shield you in sudden misfortune. 
But do not distress yourself with dark imaginings. 
Many fears are born of fatigue and loneliness.

Beyond a wholesome discipline, 
be gentle with yourself. 
You are a child of the universe 
no less than the trees and the stars; 
you have a right to be here. 
And whether or not it is clear to you, 
no doubt the universe is unfolding as it should.

Therefore be at peace with God, 
whatever you conceive Him to be. 
And whatever your labors and aspirations, 
in the noisy confusion of life, 
keep peace in your soul. 

With all its sham, drudgery, and broken dreams, 
it is still a beautiful world. 
Be cheerful. Strive to be happy.

 

Nowe baby.

Yes, yes yes !

                    Mam nowe baby. Stare długo, wystarczająco długo napracowało się. Tak prawdę mówiąc to ledwo już zipało doprowadzając mnie często do białej gorączki. Nowe posiada niezwykle wdzięczne imię „Toshiba”, jest naprawdę śliczne, szybkie, sprawne. Najnowszej generacji. Podziwiam je prawie cały czas uważając, że jest najpiękniejsze na świecie. Jak każda normalna matka zresztą.

                   Witamy w rodzinie nowy komputerku!

 

Życie moje.

                           Myślę sobie, że to musi być niezwykle przyjemne tak np. przespać całą noc bez przebudzenia z powodu okropnego bólu. Albo na ten przykład spacerować sobie po lesie lub po mieście bez przystawania, siadania na ławce czy w restauracji udając, że właśnie na to mam ochotę. Albo zrobić coś, co jest absolutnie beyond my comprehension, a mianowicie uprawiać jogging. Ludzie, takie proste sprawy. Wydają mi się takie przyjemne, a są takie niedostępne. Taka dla przykładu jazda na rowerze. Szczyt moich marzeń. Lub gra w tenisa. Absolutnie poza zasięgiem. Nawet najzwyklejsza jazda samochodem stała się za trudna. Czekając, na prawie zawsze opóźnione autobusy, muszę opierać się o jakiś słupek, ponieważ nie mogę zbyt długo stać. Wszędzie, obsesyjnie wręcz, sprawdzam czy są windy, a w knajpach czy przypadkiem do WC nie trzeba iść po zbyt stromych schodach. Szczyty górskie mogę popodziwiać z okna samochodu lub w Internecie. Zakupy w pobliskim sklepiku muszą być śmiesznie malutkie i lekkie. Ze zbyt długiego spaceru z psem (maximum 1 km) ledwo dochodzę do domu wyczerpana jak po ciężkiej szychcie w kopalni. Dom sprzątam odpoczywając co 15 minut, a wieczorem jestem totalnie wykończona. Zapisanie się na kurs tańca jawi mi się jako niewyobrażalny wprost eksces. Przykłady mogłabym mnożyć i mnożyć.

                            Ach życie moje…..