Nowy sąsiad.

                  Z prawdziwą przyjemnością  przedstawiam:

Sasiad.

 

        

                                                         Sasiad 1.

                                Serdecznie witamy lub raczej biorąc pod uwagę,

że jest z pewnością flamandzkojęzyczny: Hartelijk welkom!  

 

Zbrodnia i kara.

                         Wyjechaliśmy na parę dni do Freiburga. Mój mąż służbowo, a ja jako słodki balast. Miastem tym i okolicą zachwycałam się na tym blogu jakiś czas temu, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że wszystko się zgadza: nadal jest bardzo ładnie, czysto i przyjemnie. Zachwycająca okolica, szczególnie o tej porze roku.

                         Ostatni weekend spędzony tam u naszych przyjaciół także zaliczam do naprawdę niezwykle udanych. Nawet nasze psy, które znacznie się postarzały, nie toczyły ze sobą zabójczej walki.

                        Ale chcę napisać o czym innym. A mianowicie moje ciało potraktowało ten wyjazd jako zbrodnię. Tak, dokładnie zbrodnię, za którą jestem teraz srogo ukarana. Prawie nie mogę się poruszać, chodzić, a dzisiejsze wstanie z łóżka zajęło mi jakieś 25 minut. Mam gorączkę i nawet siedzenie przy komputerze jest katorgą. Każda próba jakiegoś większego wysiłku z mojej strony tak się właśnie kończy. A przecież nie zdobyłam żadnego szczytu! Nigdzie nie szalałam. Trochę pochodziłam i pospacerowałam, pozwiedzałam, ale głównie w samochodzie. Jeżeli sytuacja się nie poprawi będę zmuszona znowu iść na parę dni do szpitala. Do jasnej cholery.

 

                         Czy to moje życie musi być jak dramat Dostojewskiego?

 

Urologiczny fakt autentyczny.

                              W sobotę spotkaliśmy się z przyjaciółmi. Nic nadzwyczajnego, gdyż widzimy tych ludzi często i regularnie. Nasz znajomy jest urologiem. Piastuje on nawet tytuł profesora, przez co chcę powiedzieć, że sporo już w swoim zawodowym życiu widział oraz słyszał. Opowiedział nam taką oto historyjkę z poprzedniego tygodnia. Przychodzi młoda dziewczyna, studentka po raz pierwszy do urologa. Narzeka na stale powracające, bardzo bolesne zapalenia pęcherza. Historia trwa już od jakiegoś dłuższego czasu, a antybiotyki w zasadzie nie pomagają. No cóż, mówi nasz kolega, potrzebne jest więc badanie urologiczne. Zaprasza pacjentkę za parawan, aby się do badania przygotowała, a potem na specjalne, urologiczne łóżko (dla szczęsliwców, którzy nie wiedzą jak wygląda takie łózko – podobne do ginekologicznego). Sam jednak musi wyjść na parę minut, gdyż sam ma tego dnia problemy żołądkowe, czyli zwyczajną biegunkę. Wraca po jakiś 4 – 5 minutach i cóż widzi: dziewczyna leży na łóżku rozebrana DO, a nie że tak powiem OD połowy. Przygotowała się więc do badania urologicznego zatrzymując majtki, jeansy i kozaki na ciele. Znajomemu odebrało wprost mowę.

 

                    I cała ta historia to jest tzw. fakt autentyczny.

 

Sadysta.

                      Prawie przeze mnie zapomniany i dawno niepublikowany Kamagurka.

 

                      Sadysta.

Tłumaczenie:

Lekarz do pacjenta: „Okee, może się pan teraz z powrotem ubrać….”

 

Kwintesencja lata.

              Nareszcie skończyło się lato. Mam nadzieję, że tego roku już bezpowrotnie. I to wcale nie są żarty.

             – może w końcu przestanie słońce razić mnie w oczy oraz świecić mi bezpośrednio w twarz

            – może w końcu nie będę się potykać o ludzi, którzy zapomnieli, że dawno, dawno temu wymyślono dezodorant

            – może w końcu zostanie mi oszczędzony widok mężczyzn w krótkich spodniach z których wystają koszmarne, kudłate i często krzywe nogi

            – może nareszcie przestanie mi się rozmywać makijaż

            – może nareszcie słońce przestanie jasno świecić i wreszcie nie będzie widać, że mamy brudne okna

            – może nareszcie zostaną pozasłaniane różnorodne celulity, liszaje, wypryski, wałki tłuszczu i inne, podobne cuda

            – może wreszcie jazda nie klimatyzowanym autobusem przestanie być torturą

            – może wreszcie będę mogła zakładać moje ukochane kurteczki, marynarki, żakiety i szale (a tych ostatnich mam ok. 45 sztuk)

            – może wreszcie nasz pies zechce wychodzić z powrotem ochoczo na spacer

            – może w końcu będzie można zapalić ogień w kominku

            – może wreszcie rolnicy przestaną narzekać, że jest zbyt sucho (i zaczną narzekać, że jest zbyt mokro)

            – może nareszcie lasy przybiorą moje ukochane barwy

            – może wreszcie zdechną wszystkie komary i inne paskudztwa

            – może nareszcie trawa w ogrodzie przestanie rosnąć jak szalona i mąż przestanie narzekać, że musi zbyt często ją kosić

            – może w końcu przestanę być zmuszana do oglądania zdjęć z wakacji gdzie dwoje rozlazłych grubasów leży na basenie w np. Egipcie oddając się słodkiemu nieróbstwu

            – może nareszcie poranne promyki przestaną mi świecić w oczy kiedy przypadkiem niedokładnie opuszczę żaluzje

            – może w końcu będę czasami mogła olać depilowanie i wyhodować sobie, w najgłębszej tajemnicy, jakiegoś kłaka na łydce

           – może w końcu przestanie mi się pocić twarz; tak, oprócz różnorodnych innych cudów, natura wyposażyła mnie w taką przypadłość, że poci mi się głównie, a w zasadzie tylko, właśnie twarz. Są produkty zapobiegające poceniu się np. stóp, czy pach, ale nie ma niczego na moją przypadłość

           

          – może w końcu skończę pisać te pierdoły i pójdę sobie popatrzeć za okno gdzie właśnie pada deszcz, wieje wiatr i jest całkiem chłodno.

 

 

Ułomność.

Ulomnosc.

Obdarz mnie mądrością

A ja obdarzę nią innych.

 

Obdarz mnie spokojem

A ukoję nim skaleczone ciało.

 

Obdarz mnie dobrocią

A wybaczę.

 

Obdarz mnie miłością

A pochylę się nad cierpieniem cierpiących.

 

Obdarz mnie darem obdarzania

A nie zapłaczę

 

Nad swoja ułomnością.

 

Matka.

                      Właśnie odleciała. Spędziłyśmy ze sobą 10 dni, co nie jest takie łatwe i oczywiste, kiedy się od wielu, wielu lat nie mieszka razem.Cały czas żyję z pewnym (niestety nie jedynym) kompleksem, ja ją zawiodłam będąc chora. Może to i niedorzeczne i zdaję sobie naturalnie sprawę, że swojego cierpienia sama sobie nie wybrałam, ale tak niestety jest. Dla wszelkiej jasności: moja mama NIGDY czegoś takiego nie dała mi odczuć. Nigdy przenigdy. Ale myśli takie szatańskie rodzą się chętnie i często w mojej głowie.

                     Ale było bardzo fajnie.

                     Jest kobietą nietuzinkową. Nie to, że wypominam jej wiek (a jest już prababcią), ale ma nowego laptopa, serfuje po necie, wysyła kartki elektroniczne na urodziny, śle sms-y szybciej ode mnie, robi zdjęcia GSM…… itd. Fascynujące, biorąc pod uwagę fakt jak wiele osób ZNACZNIE od niej młodszych, z jakiegoś powodu, boi się komputera. Jest inteligentna, oczytana i postępowa, chociaż całe życie mieszka w małym, zapyziałym, polskim miasteczku. A tam, wiadomo, o mohery chyba najłatwiej.

                  O matkach powstało wiele grafomańskich wierszy, a mnie się podoba to, co stworzył Z. Herbert:

 „Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał w pośpiechu i uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych pochyłościach, czasami piął się pod górę. Przychodził splątany i milczał. Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.

 

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto”.

 

Wszystkiego dobrego, Mamo.

 

Medycyna.

                                    Medycyna; tyle jej zawdzięczam. W zasadzie dzięki jej osiągnięciom jakoś funkcjonuję. Przy czym słowo „jakoś” ma tutaj kluczowe znaczenie.

                       I pomimo tego ciągle tak bardzo się boję.

 Jutro idę do szpitala na kontrolną wizytę.

 

Czy kiedyś się to zmieni?

 

Diana Krall.

                    Wczorajszy koncert wielkiej artystki w Brukseli. Mój bardzo, bardzo piękny prezent urodzinowy. Diana Krall i jej rodzaj soft jazzu, jaki oboje wprost uwielbiamy. A przy tym miła i atrakcyjna kobieta. Koncert był dobry, profesjonalny, artystka ma rzeczywiście znakomity glos, a publiczność była zachwycona.

               Dziękuję kochanie!

              Wszystko zło tego z świata zniknęło, rozmyło się gdzieś w przestrzeni. Zapomniałam o chorobie, szpitalach, lekarzach, operacjach. Nawet o bólu. Przestały istnieć problemy z ociepleniem klimatu, kryzysem, maltretowanymi dziećmi i kobietami. Znikneły torturowane i zabijane zwierzęta. Nie było wojny ani w Afganistanie, ani w Iraku, ani w ogóle nigdzie. Świat wypiękniał.

 

              I co z tego, że tylko na chwilę?

 

Kondolencje.

                                Dzisiaj są moje urodziny i pozwolę sobie z tej okazji złożyć serdeczne kondolencje oraz wyrazy głębokiego współczucia.Nie ukrywam, że nie jest to mój ulubiony dzień w roku.

                    Dedykuję też sobie wiersz, a jakże, Najukochańszej z poetek:

 

„Kurczę się, ściemniam, zmieniam,

układam jak groch w łupinie-

zapominam własnego imienia

i czas mi przez głowę płynie.

 

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,

bezpiecznie żyję w niebycie.

Zapominam po prostu

że jest życie”.

 

                       Ale dosyć smutasowania kobieto. Trzymaj się!