Subiektywna obserwacja socjologiczna.

                         Po raz ostatni wracam do naszych wakacji w Czechach.

                        Poruszam się z trudem, często o kuli lub o lasce. To sprawia, że zwykle dostaję zniżki lub jestem wręcz zwalniana od płacenia za wstęp np. do różnych muzeów. Opcja taka oferowana jest mi spontanicznie i nigdy o nią nie prosiłam i nie proszę. Otóż w Czechach ani razu mnie to nie spotkało i nie chodzi mi o to, że chciałam skąpić nie płacąc np. 1 euro za wstęp. Absolutnie nie. Chodzi mi o stosunek społeczeństwa do inwalidów. Tym ostatnim w Czechach nie zazdroszczę.

                          To tylko tak na marginesie. Moja subiektywna obserwacja socjologiczna.

 

Czas.

Czas.Czas stoi

Czas biegnie

Czas pędzi i zwleka

Czas zwalnia, czas goni

Przez palce ucieka.

 

 

Czas poświęcony

Czas zmarnowany

Czas ważny, nieważny

Czas podarowany.

 

Czas błogi

Czas trwogi

Czas wojny i strachu

Śmierci i pożogi.

 

Czas nagły

Czas przeszły

Piękny i bezcenny.

Czas smutku, przetrwania.

Ciężki, bezimienny.

 

Czas drogi, niedrogi

Zamieniony w logo.

 

I po co?

I na co?

A wszystko dla kogo?

 

Sala operacyjna.

                               Strach, ból i cierpienie. Niemiłosiernie wlokące się godziny w oczekiwaniu na operację. Znienawidzony brzęk narzędzi chirurgicznych. Przerażenie w moich oczach. Slogany: „Zrobimy wszystko co w naszej mocy”. Poniżenie i zażenowanie. I co z tego, że wszyscy są grzeczni, mili i uprzejmi skoro czuję się tak obrzydliwie sama i samotna. Strach, strach, strach. Irracjonalny. Stres praktycznie paraliżujący moje ruchy. Bardzo zimno i bardzo nieprzytulnie. Bezradność. Całkowita bezradność. Znowu wszystko od nowa. Czekająca mnie bezsenna noc. Nowa operacja.

Jutro.

 

Czeski Raj.

                                         Czeski Raj.

U nas.

 

Czeski Raj 1.

Nasz niezwykle przystojny sąsiad.

 

                            Czeski Raj 2.

Znowu u nas.

 

Czeski Raj 3.

Czeski Raj.

 

                                Czeski Raj 5.

Czeski Raj znowu.

 

Getynga.

Weekend w Getyndze.

 

A casa.

                              Wróciliśmy do domu! Wakacje udały się wprost cudownie. Dom był położony w lesie, na odludziu, duży, wygodny i naprawdę znakomicie wyposażony. Okolica jest piękna i cicha (zdjęcia w następnej notce), absolutne zadupie w sam raz dla nas. Jest jednak co zwiedzać i co podziwiać. Pogoda dopisała wybornie.

                            Wszystkie legendarnie (przynajmniej w Belgii) śliczne Czeszki wyjechały chyba za granicę, aby poprawić mi nastrój. Dziękuję. Mężczyźni zaś wyglądają tak samo nieszczególnie jak hmmm… Polacy. Na dodatek często noszą szorty w kratkę, co rzecz jasna tylko pogarsza całość.

                             Czesi są narodem cichym i spokojnym, nie agresywni i grzeczni na drodze. Jeżdżą naprawdę zgodnie z przepisami, nie trąbią, nie denerwują się, ustępują miejsca. Drogi, te lokalne, są niestety w stanie tragicznym, a oznakowane tak źle, że trzeba sporej inteligencji, aby dojechać w zaplanowane miejsce. Nawet z GPS. Generalnie cała infrastruktura jest uboga, a domy często brudne i niechlujne.

                              Chociaż dokładnie się przyglądałam i zwracałam baczną uwagę, kiedy przejeżdżaliśmy przez liczne wioski nie zauważyłam ani jednego psa na łańcuchu przywiązanego do marnej budy. Sadyzm typowy dla Polski?

                              Jedzenie w restauracjach było całkiem dobre, chociaż odmienne od belgijskiego, a niewyobrażalnie niskie ceny oczywiście dodawały mu smaku. Na dodatek można jeść w restauracji praktycznie przez cały dzień, czyli np. o godz.16.00  co niestety w Belgii jest prawie nie do pomyślenia. Przy okazji: jak to możliwe, że przeciętny Czech może sobie pozwolić na zjedzenie obiadu wtedy gdy przeciętny Belg czy, nie przymierzając, przeciętny Francuz musi jeszcze przez kilka godzin pracować?  Niestety tzw. Customer service jest u nich w powijakach. Ewidentnie każdy, kto chce może zostać kelnerem/kelnerką i nikt nikogo nie szkoli, w jaki sposób obsługiwać i zajmować się gośćmi. Większość kelnerów wyglądała jakby była właśnie na wojnie z klientami. Dziwne. W zasadzie to oni wszyscy wyglądali na niezwykle poważnych, a uśmiech lub ukłon w stronę nieznanych ludzi uchodzi tutaj chyba za rodzaj przestępstwa. Język angielski jest popularny mniej więcej tak jak chiński, co chyba nie najlepiej świadczy o poziomie czeskiej edukacji.

                       Bardzo dużo ludzi pali papierosy.

                                             Do biznesu chyba nie przywiązuje się tutaj zbyt wielkiej wagi: sklepy w sobotnie popołudnie są zgodnie zamknięte, a wsie, miasta i miasteczka prawie całkowicie puste i wyludnione. Totalny kontrast np. z Belgią gdzie sobota jest bardzo popularnym dniem handlowym, a miasta generalnie żyją do późnej nocy.

                               Telewizja, niestety dubbingowana, a więc generalnie nie do oglądania. Btw, czy ktoś u unii nie mógłby zabronić tego haniebnego procederu?

                               Do Pragi nie dotarliśmy. Niestety, nie czułam się  aż na tyle dobrze. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś się to zdarzy. Chociaż generalnie nie mogłam tym razem specjalnie narzekać na stan mojego zdrowia: nie wylądowałam w żadnym szpitalu, ani u żadnego lekarza! O czeskiej służbie zdrowia nie mogę więc nic napisać. Ogólnie szkoda, że wakacje już się skończyły chociaż z pewną ulgą wróciłam do porządnych, dobrych dróg i zadbanych, flamandzkich domów.

Na shledanou Czechy!

 

Bon voyage!

                                Wygląda na to, że choroba troszkę przysnęła i uda się nam wyjechać na wakacje. Jedziemy do Czech, do małego domku niedaleko Pragi. „Zahaczymy” także niejako trochę o Polskę.

                               O Pradze wszyscy znajomi wyrażają się niezwykle entuzjastycznie, a więc zobaczymy. Trochę europejskich stolic już widziałam i oto absolutnie subiektywna moja lista preferencyjna:

 

  1.  Paryż – absolutnie moja miłość z wielu względów (od języka począwszy) na historii i kulturze skończywszy. Niestety „le trafic” obrzydliwy i może zepsuć każde wakacje.
  2.  Londyn – miło, czysto i grzecznie. Przestrzeń i zieleń; dobra komunikacja miejska; gorsze, niestety, jedzenie.
  3.  Madryt – przestronnie i bardzo czysto. Naprawdę sporo do zobaczenia. Nie lubię jednak ani kuchni hiszpańskiej, ani samych Hiszpanów (mało sprawni językowo) oraz niespecjalnie uprzejmi dla obcych.
  4.  Kopenhaga – miła atmosfera oraz bardzo grzeczni i pomocni autochtoni. Minusy to pogoda i ceny w restauracjach.
  5.  Amsterdam – miasto wyjątkowe pod względem atmosfery i sposobu życia i bycia, chociaż samych zabytków nie mają zbyt wiele.
  6.  Rzym – dorobek historyczny wprost porażający. Niestety wszystko psują zbyt liczni turyści. ”La cuccina italiana” dla turystów to po prostu tragedia, a hotele nawet dobrej klasy i kasy nie są najlepsze.
  7.  Bruksela – najlepiej znana mi ze wszystkich stolic. Pomieszanie przepięknych, godnych zwiedzenia dzielnic z takimi, do których lepiej nie wchodzić. Kulinarnie absolutny top europejski lub nawet światowy.
  8.  Luksemburg – porządnie, grzecznie i poprawnie, ale jakby trochę nudno. Bardzo spokojnie. Sielsko i anielsko.
  9.  Berlin – wielki plac budowy i przestrzenie niewyobrażalne w innych miejscach; niewiarygodne wprost zmiany na lepsze. Tanio oraz grzecznie w restauracjach.
  10.  Helsinki – chyba jedna z najbardziej pustych, nawet w komunikacji miejskiej, stolic. Bardzo, ale to bardzo uprzejmi mieszkańcy. Świetnie zaopatrzone sklepy z ciuchami. Minus: ceny alkoholu oczywiście.
  11.  Ateny – dorobek historyczny rzeczywiście imponujący, tanie i smaczne jedzenie, ale klimat nie dla mnie. Niezbyt czysto i bardzo głośno, ale widok Akropolu nocą jest wart każdych pieniędzy.
  12.  Budapeszt – pomieszanie z poplątaniem wszystkiego naraz (a jest sporo do zwiedzania) i brudno, niestety. Chaos na ulicach.
  13.  Sofia – nic specjalnego. Widok wszędzie biegających, bezpańskich psów był dla mnie nie do zniesienia. Dobry, tani relatywnie hotel z naprawdę profesjonalną obsługą.
  14. Belgrad – nie podobał mi się wcale. Sporo złych twarzy na ulicach. Komunizm ciągle żywy. Chaos komunikacyjny.

 

Więcej grzechów nie pamiętam…..

 

                                         Jeżeli będę miała wystarczająco siły to zwiedzę w tym roku także Warszawę i jestem bardzo ciekawa gdzie umieści się ona w moim rankingu.

 

A na razie życzę nam: Bon voyage!

 

 

No doubt.

                             There is no doubt, że “Doubt” jest filmem naprawdę rewelacyjnym. Znakomicie wprost zagranym. No, ale czegóż innego można oczekiwać od Meryl Streep? Osobiście uważam ją za jedną z najlepszych aktorek ever. Zresztą cała obsada jest bardzo, bardzo dobra. Gra aktorska jest tak sugestywna, że nawet ja, odgrodzona bezpiecznie ekranem, czasami odczuwałam strach i niepokój. I dlaczego Meryl ZNOWU nie dostała Oskara? Spisek czy co?

                          Z takimi aktorami film w zasadzie nie ma prawa się nie udać. Temat jednak jest niezwykle wrażliwy i niewygodny zwłaszcza dla katolickich środowisk. Dialogi są wprost rewelacyjne, majstersztyki z głębokim przesłaniem moralnym. Poruszają w tym filmie wiele teologicznych i etycznych kwestii. Sama historia zaś, w związku z częstym molestowaniem młodzieży przez księży, wielce prawdopodobna. Film dla dorosłych, wrażliwych ludzi. Temat trudny: walka konserwatyzmu z progresywizmem. Dzieło jakby nie na dzisiejsze czasy: brak sexu, przemocy i efektownych, generowanych komputerowo, scen. A jednak!

 

Raz jeszcze: super film!

 

Zło.

Zlo.

 

Urosło we mnie

I jest.

 

Zło tego świata.

 

Czuje się dobrze

Przyczajone w każdym kącie.

Zgarbione

W podartej koszuli.

 

Nieporuszone

Obojętne

Harde.

Nieustraszone

W swoim otępieniu.

 

Śmiało patrzy mi w oczy.

 

Przeklęte

Zło tego świata.

 

Bakterie.

                  Wizyta, a jakże, w szpitalu. Bakterie w moim brzuchu trzymają się dzielnie i znakomicie się bronią nie dając szans żadnym antybiotykom. Niestety we wrześniu czeka mnie KOLEJNA operacja.

Nic tylko płakać.

 

                  „…Respicientes, quantum a tergo rerum tristium immineat, sin on finire lacrimas, at certe reservare debemus. Nulli parcendum est rei magis quam huic, cuius tam frequens usus est “.

 

                    To, rzecz oczywista, jeden z moich towarzyszy niedoli Seneka: “…Biorąc pod uwagę, ile smutków zagraża nam jeszcze w życiu, powinniśmy, jeśli już nie całkiem przestać płakać, to przynajmniej zachować trochę łez na później. Niczego nie należy bardziej oszczędzać niż tego, czego tak często musimy używać”.

 

            Podejrzewam jednak, że pokłady łez mam niewyczerpane.