No więc w końcu, wreszcie i nareszcie wyjeżdżamy jutro na wakacje. Późno trochę, ale nie ma wyjścia. Jedziemy na południe Bretanii. Po dwóch latach „zdrady” (Dania i Czechy) wracamy do naszej największej l`amour wakacyjnej, czyli Francji. O wrażeniach z Danii i z Czech pisałam już na tym blogu.
Postanowiłam, że podczas naszego pobytu będzie ładna i słoneczna pogoda (ale nie za gorąco), ja się w żadnym wypadku nie rozchoruję, okolica będzie ciekawa i sporo zwiedzimy, a wynajęte przez nas domy spełnią nasze oczekiwania. My zaś będziemy szczególnie mili, uprzejmi i dobrzy dla siebie. I w dobrych nastrojach. I w dobrych humorach. Cywilizacja zostaje w domu. Osierocamy więc z przyjemnością komputery i laptopy zabierając jednie mój GSM oraz, znienawidzony przeze mnie, BlackBerry męża. Zabieramy walizkę książek i gazet, a także naszego zwierza staruszka. Obawiam się, że mogą to być dla niego ostatnie wakacje… .
„Ogród nad morzem pachnie słodkim groszkiem,
na brzeg wypływają rozpienione treny.
A morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie….”
(MPJ – jak zwykle)
To à propos moich urodzin, które będę obchodzić podczas naszego pobytu.
Czy ktoś może podpowiedzieć mojemu mężowi, że chciałabym być z tej okazji zaproszona gdzieś do małej, przytulnej knajpki nad Oceanem Atlantyckim? Please?