Monthly Archives: February 2019

Zimna wojno…..

…… trzymam kciuki. Nie będę jadła, nie będę piła, nie będę sprzątała ani spała (!) tylko kciuki trzymała.

              Gdyby to ode mnie zależało film dostałby wszystkie Oskary razem wzięte i każdy z osobna. Po raz pierwszy zobaczyłam grającego Tomasza Kota. No i od razu się zakochałam. Zresztą reżyser jest także wart grzechu. Obaj panowie w moim typie i prawie tak przystojni jak mój mąż ;))))) Joanna Kulig to klasa sama w sobie i życzę jej wielkiej, międzynarodowej kariery. Mam nadzieję, że nie roztrwoni swego wielkiego talentu grając w jakiś byle jakich, zaściankowych produkcjach. W kinie byłam wzruszona, poruszona i nawet zapomniałam troszeczkę o bólu. Po skończonej projekcji na sali panowała długa, pełna aprobacji cisza. Ba, niektórzy widzowie wycierali ukradkiem oczy.

Czy może być piękniejsza recenzja?

               A propos kina: dzięki ci tutejszy uniwersytecie za kino bez żarcia i bez picia. I bez reklam. Chwała wam za to, że jeszcze ktoś myśli o takich ludziach jak my, którzy potrafią wytrzymać w skupieniu 90 minut. Oczywiście kino jest niszowe i wymaga sponsoringu. I uniwersytet wraz z naszym miastem właśnie to robią. DANKU WEL LEUVEN!!!!!!!!

             Tutejsza prasa i krytycy filmowi zachwyceni i piejący z zachwytu solidarnie jednym głosem. W polskiej natomiast prasie sporo krytyki. Zawiść? Zazdrość? Kompleksy? Wszystko razem? Typowe i bardzo smutne dla nas Polaków. Niestety. W komentarzach do „Zimnej wojny” aktorka kilka razy została nazwana „cycatą babą”. Pięknie, subtelnie i jakże wyrafinowanie. 

Tak więc do dzieła. Stare pryki z Akademii Filmowej spiszcie się jak trzeba.


.Zimna.

 

                 Na zdjęciu Joanna Kulig z nagrodą (wiem, wiem, że nie jest nominowana).

 



Smart people.

To oczywiście my. Wiadomo.


                           Natomiast nasze osiągnięcia tylko w ostatnim tygodniu raczej tego nie potwierdzają.


Ale ad rem.
                       Oboje cierpimy na nieuleczalną zdaje się chorobę zwaną lampofilią. Przy czym u mojego męża przebieg tej choroby jest znacznie cięższy niż u mnie. Ile w naszym małżeńskim życiu mieliśmy lamp? Mnóstwo. Ile na to hobby wydaliśmy kasy? Również mnóstwo.
Ostatnie zakupione lampy pochodziły z Ikei. Zamówiliśmy on line i wszystko było ok. Do czasu. Mąż „przypadkiem” zauważył inną lampę także w Ikei. Dobra. Jedziemy. Oddajemy poprzednia lampę i kupujemy nową. Do tego sklepu w Brukseli jeździmy zawsze w piątek wieczorem. Ludzi ździebko mniej i da się jakoś zaparkować. Ale najpierw poszliśmy coś zjeść. To jest oczywista oczywistość, ze żarcie w Ikei to jest I klasa. Wiadomo, że o godz. 19.00. żołądek z głodu przyrasta nam do kręgosłupa. No prawie. Kończąc obiad planujemy udać się do Klantendienst oddać starą lampę i potem po drodze do kasy kupić nową. Ale…..zaraz, zaraz. Ale gdzie jest ta stara lampa? No gdzie? Czyżby….. ;Tak. Dokładnie. Została w domu.

Gupki dwa.

              Dzień wcześniej pojechaliśmy z psem do weterynarza na ostatnie w tym sezonie szczepienie. Zapomnieliśmy zabrać i smycz, i jego paszport. Weterynarz, na szczęście, nie komentowała. Co za ulga, że NIE zapomnieliśmy zabrać Hectora;) 

Musielibyśmy chyba sami się zaszczepić.

         Do kompletu jeszcze jedno nasze, a w zasadzie tym razem moje osiągnięcie. We wtorek zapomniałam parasol w poczekalni kinezyterapii. Na szczęście jakiś dobry człowiek oddal go sekretarce.


Smart people to oczywiście my. Wiadomo.



Zmrok.

Zmrok.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do domu

O zmroku

Przychodzą potwory

Wchodzą bez pukania

Jak do własnej nory.

 

Czują się jak u siebie

I dobrze się mają

Zjedzą mięso z lodówki

Na pianinie pograją.

 

Do domu

O zmroku

Potwory przychodzą.

Macki mają wszędzie

Uszy mają wielkie

Już takie się rodzą.

 

Czy znów

Dziś o zmroku

Potwór się napatoczy?


A może to fantom?


A może to złuda?


Nieprzyjemna mrzonka?


I strach ma wielkie oczy?

 



Cudny……

……..przecudny weekend za nami.

          Lało i piździało jak w kieleckim (mam nadzieję, że nikogo nie obrażam, ale tak mówi mój, urodzony w Busku – Zdroju, mąż. Nie wyściubiliśmy nosa na dwór ani na sekundę. OK. mąż poszedł rano po gazetę do skrzynki. Hector solidarnie między nami pogrążony w błogim lenistwie. No bo skoro na zewnątrz panuje taka pogoda, że nawet psa….

                Mąż nie pracował.

Zalogowaliśmy się na sofach w salonie otoczeni książkami, prasą i zapatrzeni w serial 

Escape at Dannemora.

              Prawdziwa uczta dla miłośników Patrycji Arquette. Akurat jej specjalną zwolenniczką nie jestem (ani zresztą jej aktorskiego rodzeństwa), ale przyznaję, że gra koncertowo.

                             Zrobiłam (a robię ją raz w roku) fasolkę po bretońsku, więc nie musieliśmy nawet sporo gotować. Mam ją zresztą do dzisiaj.Danie, proste, łatwe w przygotowaniu, ale bardzo, bardzo ciężkostrawne. Dlatego jest jedzone u nas raz do roku. No i zdaje się, że z Bretanią ma tyle wspólnego ile ja z baletem. 


Spokój, cisza, ciepełko, dobre wino, dobra muzyka i my. Oraz psiak rzecz jasna.

 

Cudny.