The Tudors.

                        Ani ja, ani tym bardziej mój mąż nie jesteśmy “serialowi”. Nie śledzimy z zapartym tchem losów botoksowych bohaterów, nie przeżywamy ich wyimaginowanych dramatów (mamy własnych pod dostatkiem), nie przekładamy spotkań ze znajomymi, aby obejrzeć następny odcinek, (czego zresztą osobiście doświadczyliśmy). Nie chcę powiedzieć, że w oglądaniu seriali widzę coś tragicznie nagannego, ale przesadne uzależnienie się od kilku (!) seriali na dzień i restrykcyjne podporzadkownie im własnego rytmu życia uważam zwyczajnie za chore. Dostrzegam w tym jakąś formę zastępczą, erzac osobistej egzystencji. Moja osobista teściowa ma problemy z zapamiętaniem imion własnych wnuków, ale pamięta imiona imiona tych serialowych:(

Ale i nas dopadło.

                          „The Tudors” nakręcony w kooperacji irlandzko-kandyjsko-amerykanskiej zwyczajnie i niezauważalnie skradł nasze serca i umysły. W skrócie: to historia barwnego, niecodziennego życia i panowania króla Henryka VIII obfitująca w wiele niespotykanych w historii wydarzeń. Od wielkich, religijnych zmian w kościele anglikańskim po niespodziewane perypetie osobiste uwieńczone, jak wiadomo, ścinaniem głów. Straszne, okrutne czasy. Brrrr. Rzecz jest wyreżyserowana i zagrana po prostu świetnie. Do tego dochodzą piękne dekoracje, inteligentne dialogi, ujmująca muzyka i prawdziwa, emocjonująca dramaturgia sprawiająca, że z niecierpliwością czekamy na ciąg dalszy. Świetni, znakomici i piękni aktorzy i wiele scen, które po flamnadzku można nazwać smacznie erotycznymi. Majstersztyk po prostu. Serial nie jest w 100% historyczny, ale oparty na faktach i nie należy absolutnie na jego podstawie uczyć się historii Anglii. Od tego w końcu jest szkoła. Must see.

A tutaj mój ulubiony aktor z „The Tudors”.

                         Prawda, ladies and gentelmen, że wart grzechu?

 

 

Silikon.

                                Mogła się przyznać Victoria do jego posiadania to mogę także i ja. Wczoraj otrzymałam nowiuteńki, różowy, śliczny i cieplutki. Bardzo przyjemny w dotyku. Ładnie się prezentuje i dobrze spełnia swoją rolę, chociaż noszę sobie ten silikon może nie dokładnie w tym miejscu, w którym niektórzy by chcieli. Nieskromnie może dodam, że akurat w tym miejscu, w którym niektórzy by chcieli, niczego mi Pan Bóg nie poskąpił;)

                               Dzięki takim silikonowym nakładkom na schorowane palce moich stóp jestem w stanie chodzić w „normalnych”, a nie w ortopedycznych butach. Hip, hip, hurrrrra. Wielka ulga dla mojego ego i dla mojego zmysłu estetki. Jeżeli buty te spełniają jeszcze kilka warunków, a mianowicie są z wysokiej jakości skóry i bardzo, ale to bardzo wygodne to w ogóle nie ma sprawy. Uczciwie dodam, że niestety jednym z nieodzownych warunków jakości tego obuwia jest także jego horrendalna cena. Ostatnio nawet zaszalałam i kupiłam sobie butki czerwone. Pierwszy raz w życiu.

                               Rozkosz. Zwyczajna rozkosz.

 


Dusza.

Dusza. Gdzieś tam w przestworzach

 Bardzo wysoko

 Kołysze się.

 Rozdygotana wiatrem

 Podmyta deszczem

 Delikatnie uśpiona
 w ramionach księżyca.

 Gdzieś tam w przestworzach

 Bardzo wysoko

Kołysze się.

Samotnie.

Rozmawia z chmurami.

Żartuje ze słońcem.

Zjada płatki śniegu.

 

Gdzieś tam w przestworzach

Bardzo wysoko

Powoli

Dusza moja

Życie swoje oddaje

Przepływającym obłokom.

 



Zeeuws-Vlaanderen.

                           Przedłużony, poprzedni weekend spędziliśmy w Zeeuws-Vlaanderen. To część Holandii należąca do Zelandii, a granicząca bezpośrednio z Belgią. Piękne, puste o tej porze roku plaże, spokojne morze i idealna wprost pogoda.

                       Tylko my tacy inteligentni inaczej nie zabraliśmy ze sobą żadnego z aparatów fotograficznych stąd zdjęcia są kiepskiej jakości (robione telefonem).

                                                                                                                                   

Ratusz.

Ratusz w Middelburg.

 

Kanal.

Typowy kanał holenderski.

 

Nowy trend.

Nowy trend?

 

Zaproszenie do restauracji.

Zaproszenie do restauracji.

 

Widok z salonu.

Widok z salonu.

 

Krowy.

No co jak co, ale zwierzęta w tej Holandii to mają naprawdę dziwne…. .

 

 

Prezent urodzinowy.

                                 Wprawdzie urodziny miałam dokładnie miesiąc temu, ale mój wymarzony od dawna prezent sfotografowałam dopiero teraz:

 

Prezent.



Prezent2.

 

Prezent3.

 

Prezent4.

 

 

                         Nowi lokatorzy to: Aida, Tosca, Traviata, Butterfly, Carmen no i rzecz jasna Wanda:)

 



Marzenie. 18

                        Nie będę ukrywać, podjęcie z powrotem przerwanej nauki znacznie zmieniło mój tryb życia. Nie, nie narzekam, ale czuję się niestety bardzo, bardzo zmęczona i czasami mam wrażenie, że pracuję gdzieś ciężko np. w kopalni. Moje ciało jednak się buntuje przeciwko tym nieustalonym z nim wcześniej zmianom, ale spróbuję to zwalczyć.

                        Ostatnio przyłapałam się na takim marzeniu: chciałabym sobie pójść od szpitala troszeczkę sobie poleżeć.

 



Jeansy.

                               Jak chyba prawie wszyscy mam takie swoje ulubione i absolutnie ukochane. Mogłabym w nich chodzić prawie zawsze i wszędzie, i pewnie (gdyby nie opozycja domowa) to mogłabym w nich także spać. Kupuję od lat ten sam model i, co ważne, ten sam rozmiar. Lee, model CAMERON, bardzo proste i klasyczne. Tak było i tym razem. Poszłam do znanego sobie sklepu, przymierzyłam i wybrałam. Super. Niestety taka już moja……. hmmm uroda, że jedna nogawka musi być krótsza od drugiej. Zwykle skracam ją sobie sama w domu, ale ponieważ nie mam maszyny do szycia muszę to robić ręcznie, a w przypadku jeansów nie jest to prosta sprawa (dobór nici, ściegu tak, aby wyglądał jak maszynowy….itp.). Poszłam więc na łatwiznę i postanowiłam spodnie skrócić w sklepie. Idę do klanten dienst czyli do serwisu dla klientów, a tam młoda dziewczyna mówi, że oczywiście nie ma żadnego problemu. Klant is koning, czyli klient nasz pan. Dała mi kartkę, a w zasadzie arkusz do wypisania. Zakreślam więc: prawa nogawka skrócona o 2,5 cm. Lewa nogawka: kreska. Dziewczyna na moich oczach poprawia moją ankietę i wpisuje w lewej nogawce także 2,5 cm. „Myślałam, że się pani pomyliła” wyjaśnia. Wszystko ab ovo. Cena: 12 euro. Mówię, że powinnam zapłacić 6, gdyż poprawiają tylko JEDNĄ nogawkę. Dziewczę zdezorientowane mówi, że nie ma takiej usługi w cenniku. Sprawdzam: rzeczywiście nie ma. Ok. zapłacę 12 euro. Niech tam. Jak widać jestem jedyną, unikalną osobą na tym świecie, która wymaga takiej usługi. Procedura trwa jeden tydzień, spodnie będą więc gotowe w przyszły piątek (czyli wczoraj), ale oni i tak do mnie zadzwonią. Wpisuję mój nr telefonu, ale nie podaję nr GSM. „Naprawdę nie ma pani GSM-u?” pyta dziewczę tak niewiarygodnie zaskoczone jakby posiadanie komórki było obowiązkiem, a jej brak jednym z grzechów głównych. Mam, ale nie podaję wszystkim numeru. Panienka oniemiała. ”Dlaczego?” Ciśnie mi się na usta odpowiedź „dlatego”, ale cierpliwie wyjaśniam, iż nie chcę otrzymywać smsów od nieznanych osób, informacji o promocjach, przecenach….. itd. Z tego samego powodu nie podaję prawie nigdzie daty urodzenia. Nie chcę bowiem dostawać  standartowych, wysyłanych komputerowo, nic nieznaczących życzeń. Aaaa… .

Czy to jest NAPRAWDĘ takie dziwne?

                             Człapu, człapu. Poczłapałam wczoraj. Dziewczę uśmiecha się uprzejmie na mój widok, a spodnie tak ukochane czekają na mnie w gustownej siateczce. Wyciągam je i co widzę? Obie nogawki pięknie, maszynowo skrócone o 2,5 cm. Nie należę do osób kłótliwych, aroganckich czy agresywnych, uważam się za damę i nie przeklinam publicznie, ale dosłownie krew mnie zalała. Dziewczę nawet nieproszone biegnie po managera. Kobieta przychodzi, i to nawet szybko, i na początku nie rozumie w czym problem; przecież usługa jest wykonana fachowo, ładnie i na czas. Na moje szczęście mam przy sobie kopię wypełnianego tydzień temu arkusza.

W przyszły piątek ma na mnie czekać nowa para jeansów. Na dodatek odpowiednio skróconych.

Pożyjemy, zobaczymy……