Stan posiadania.

                               Trudno określić, kiedy jest naprawdę zadowalający. Co dla jednych jest luksusem, dla innych jest po prostu stanem ledwo wystarczającym. Tak to już jest na tym niesprawiedliwym świecie.

                     Ja miałabym wszystko: dom z ogrodem pod Brukselą, super samochód, euro’s na ciuchy, wakacje, wyjścia, restauracje….. . Ba, posiadam piękną i drogą biżuterię.

Mam wsparcie rodziny i przyjaciół oraz Miłość, o której pisze się książki i nakręca filmy.

Nie jestem odrażająco szpetna i w miarę inteligentna.

Ja to wszystko wiem i naprawdę doceniam.

                       Niestety często nie posiadam zwyczajnie siły, aby z tego wszystkiego się cieszyć i korzystać.

Nie posiadam bowiem siebie

Są dni, że choroba przesłania wszystko, a ja gdzieś znikam w jej przepastnej otchłani.

 

Jazz.

Jazz.

 

Jazz2.

 

Ubiegły weekend u nas w mieście.

Rewelacyjna wprost pogoda, znakomite jedzenie oraz wino (dużo).

Ukochany człowiek u boku i całkiem dobra, jazzowa muzyka.

Czegóż można chcieć więcej?

Niczegóż.

 

Prawie.

 

Assideramento.

                    Właśnie sobie uświadomiłam, że zaczęły się wakacje. Z powodu mojego ostatnio wyjątkowo intensywnego chorowania, straciłam w jakimś sensie poczucie czasu.

Straszna rzecz.

                   Koncentruje się prawie wyłącznie na cierpieniu zapominając jakby o otaczającym mnie świecie. A tutaj tyle się dzieje! Wybory, problemy, rozruchy, niepokoje. Nowi ludzie się rodzą, inni umierają…. A ja tkwię w czymś w rodzaju hibernacji. Jestem jakby zamknięta w jednoosobowej klatce, wprawdzie przeźroczystej, ale dźwiękoszczelnej. Niby widzę i jestem obecna, świadoma tego co się dzieje, ale nie jestem w stanie w pełni absorbować i przeżywać napływających informacji. Taki pancerz.

 „Gdzieś obok nas

Obok nas

Życia nurt

Obok nas

Świateł blask

Miasta rytm

Gwar i szum

Obok nas

Płynie tłum

Obok nas

Tyle zmian niesie czas

Dzieje się tyle spraw”.

 

(Śpiewał Mistrz).

 

A tu słyszę o jakiś planach wakacyjnych.

Cholera, muszę wyjść z tej lodówki !

 

Czas. 37

Prenez le temps de rire:

Rire, c’est la marque de l’âme!

Prenez le temps de jouer:

Jouer, c’est le secret de la jeunesse!

Prenez le temps de lire:

Lire,  c’est la fontaine de la sagesse!

Prenez le temps d’être calme:

Être calme, c’est la condition du succès!

Prenez le temps d’être bon:

Être bon,  c’est le chemin d’être heureux!

Prenez le temps de penser:

Penser,  c’est l’outil du pouvoir!

Prenez le temps d’aimer:

Aimer,  c’est la raison de vivre!

 

                             To takie, z pozoru lakoniczne, a tak w zasadzie bardzo głębokie przesłanie dotyczące priorytetów w naszym życiu. Zrozumiałe jednak dla tych, którzy „parlują”. Ci zaś, którzy nie potrafią, niech się zabierają do nauki. (LOL).

 

Dotyk.

Dotyk.Dotknij mnie

Obejmij

Zamknij mnie całą

W ramionach jak w klatce

Niech zniknie ten świat

Odpłynie

Schowa się daleko

Za horyzontem

Dotknij raz jeszcze

Obejmij mnie znowu

Zamknij w ramionach

Niech się nigdy nie dowiem

Co będzie potem….. .


Jak? 38

                 Jak przeżyć dzień i noc wiedząc, że jutro idę z powrotem pod nóź?

Jak odpędzić strach, ból i przerażenie?

 

„nasz strach

nie polatuje na skrzydłach wichury

nie siada na wieży kościelnej

jest przyziemny”        (Z. Herbert)

 

Co zrobić z tymi demonami, które w zasadzie całkowicie mnie paraliżują?

 

            Na Boga, co ?

 

Utopia. 39

„Określenie medycyny jako sztuki jest stosowane od dawna,

zwłaszcza przez lekarzy darzących ją wielką estymą, wykonujących swój zawód z miłością i zapałem.
Współcześnie określenie to może budzić kontrowersje, zwłaszcza wśród młodszych roczników lekarskich, bazujących w praktyce głównie bądź wyłącznie na nowoczesnej technice medycznej.
W rzeczywistości do dobrego uprawiania medycyny potrzeba dużo więcej niż samej wiedzy, niż umiejętności posługiwania się nowoczesną aparaturą, niż posiadania określonych umiejętności manualnych. Sztuką jest twórcze myślenie, zarówno analityczne jak i syntetyczne, połączone ze zdolnością przewidywania, które winno być stosowane przez lekarza przy rozpracowywaniu każdego pacjenta.
Sztuką jest słuchanie drugiego człowieka, wczuwanie się w jego odczucia i przeżycia, odczytywanie jego prawdziwych potrzeb, nawet niezwerbalizowanych.
Sztuką jest nawiązanie i utrzymanie dialogu z chorym, co jest warunkiem sine gua non dobrych efektów leczenia.
Sztuką jest pokazywanie informacji medycznych, zwłaszcza trudnych, sztuką jest przekonanie pacjenta o konieczności zastosowania się do zaleceń lekarskich. Niezwykłą sztuką jest stworzenie w realnych warunkach pracy atmosfery bezpieczeństwa i zaufania, w której chory znajduje ukojenie.
Nie wszyscy lekarze posiadają sztukę leczenia, mimo iż mają potrzebną wiedzę, aparaturę, sprawność manualną.
Nierzadko medycyna w wykonaniu takich lekarzy, choćby ze stopniem profesorskim, przeradza się w sprawne rzemiosło, a niektóre nowoczesne szpitale i kliniki coraz bardziej przypominają fabryki czy warsztaty naprawcze, w których taśmowo, sprawnie, lecz bezosobowo wykonuje się określone procedury medyczne.

Często lekarzowi, zwykłemu przecież człowiekowi, brakuje sił na taką

postawę. Nierzadko wydaje się, że do ofiarnej pracy lekarza potrzebne są siły niemal nadludzkie.
Jednakże każdemu z lekarzy znane są przykłady nauczycieli bądź kolegów, których sposób uprawiania medycyny przypomina stale o godności samej medycyny, jak również ukazuje wspaniałą godność tychże lekarzy. Ich życie i praca są żywym dowodem na to, że medycyna i współcześnie może być fascynującą nauką, wspaniałą sztuką i niezwykłą sprawnością ludzką.
Gdzie tkwi sekret lekarzy uprawiających taką medycynę? Ponieważ rdzeniem medycyny jest kontakt dwóch osób, lekarza i chorego, uważam, że o pełenej nowoczesnej medycynie można mówić tylko w wykonaniu tych lekarzy, którzy swoją pracę traktują jako bezinteresowny dar z siebie samego. Dar z siebie, to znaczy z własnych zdolności, wiedzy, umiejętności, cierpliwości, własnego czasu, całego swego wewnętrznego bogactwa – dla dobra drugiego człowieka, człowieka chorego”.


dr n. med. Wanda Terlecka

 

Utopia?

 



Stront.

                             Piękny, ciepły weekend. Lepiej się czułam. Przespałam całe 6 godzin bez przerwy. Znacznie, ale to znacznie mniej cierpiałam.Udało nam się nawet zaprosić przyjaciół na smaczne bbq.Pełnia szczęscia.

 Cholera jakie życie może być przyjemne i łatwe!

 

                                     Dlaczego muszę wysoko wyciągać ręce po to co u innych leży na podłodze?

 

Co tak naprawdę wiedzą o życiu ludzie zdrowi?

                               Powiem krotko: NIC nie wiedzą. Mało tego powiem dosadnie, ale za to elegancko: GÓWNO ( po flamandzku to właśnie „stront” ) wiedzą.

 

Dzieje choroby.

DZIEJE CHOROBY NIE ISTNIEJĄ
ona nie ma początku ani końca
jest zawsze i wszędzie
każde jej leczenie stanowi prowokację
tego co uśpione i nieświadome
leczenie to umęczanie obudzonego zarazka
usypianie go na powrót zaklęciami leku
który jest termometrem naszego losu
dzieje choroby nie istnieją
jeśli życie jest tylko chorobą
zmierzającą do temperatury szaleństwa
temperatury obłędu i agonii
dzieje choroby nie mogą istnieć
jeśli jest ona tylko agonią
jeśli nie istnieje czas
tylko miejsce

 

(***Dzieje choroby nie istnieją…)

               To Kazimierz Ratoń. Człowiek umęczony i ciężko dotknięty przez chorobę. Jego poezja to w zasadzie straszny obraz cierpiącego i nieuleczalnie chorego człowieka. Jego przewaga nad innymi poetami polegała głownie na tym, że Ratoń rzeczywiście bardzo cierpiał i jego dzieła są zwyczajnie autentyczne. Chociaż bardzo często naprawdę przerażające.