Zmarł nasz znajomy. Człowiek tak niewiarygodnie zdrowy, że do maja nie posiadał nawet lekarza domowego! W czerwcu stwierdzono u niego zaawansowanego raka trzustki, który dosłownie zmiótł Go z powierzchni ziemi wprost błyskawicznie. Jeszcze tak niedawno siedzieliśmy razem przy suto zastawionym stole, umieraliśmy wprost ze śmiechu kiedy barwnie i z niewątpliwym talentem aktorskim naśladował Hillary Clinton czy Nicolasa Sarkozy (pracował w Parlamencie Europejskim blisko pana Jerzego Buzka)…. . Kiedy wróciliśmy z wakacji było już z Nim bardzo źle, aby nie powiedzieć, że tragicznie. Nie życzył sobie odwiedzin w szpitalu, gdyż chciał być zapamiętany jako zdrowy, silny, postawny i pełen życia i zdrowia mężczyzna. Co rzecz jasna z trudem i bólem akceptowaliśmy. Do końca żartował rozmawiając przez telefon. Można by powiedzieć, że los swój znosił po męsku. Jeżeli jest to jakieś adekwatne do tej sytuacji stwierdzenie, w co osobiście wątpię.
Nie miał nawet pogrzebu, gdyż ciało swoje oddał medycynie. I tutaj właśnie dochodzę do sedna sprawy. Mam za to dla Niego, za ten niezwykle szlachetny gest OGROMNY, trudny do wypowiedzenia słowami, szacunek i podziw, ale nie chcę, aby mój własny mąż zrobił to samo, a nosi się on z takim zamiarem. Dyskutujemy na ten temat od lat. Nie chcę ze zwyczajnego egoizmu. Ja przecież to ciało bardzo, bardzo kocham. Potrafię sobie wyobrazić oddanie niektórych jego części na przeszczepy, ale na eksperymenty i badania medyczne? Niestety, nie potrafię. Taka sytuacja zwyczajnie mnie przerasta.Przerasta jako człowieka chyba zbyt słabego. Czy jestem z tego powodu, godną napiętnowania, egoistką? Tak, jestem. Na dodatek, zgodnie z tutejszym prawem, po upływie około 3 lat, urna z pozostałymi szczątkami wróciłaby do mnie z powrotem. Psychologicznie to tak, jakby mój mąż zmarł na nowo. Musiałabym się po raz kolejny zmierzyć z fenomenem śmierci najbliższego mi człowieka. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Wiem, wiem, nie mam prawa decydować w tej sprawie i imieniu innego człowieka i nie mam prawa sprzeciwiać się takiej decyzji, ale nie mogę, nie potrafię i nie chcę takiej decyzji zaakceptować.
Czy to jest takie trudne do zrozumienia?