Niedzielne, leniwe przedpołudnie. Mamy taki przemiły zwyczaj, że wstajemy późno, pijemy kawę w szlafrokach, czytamy gazety i sobie gadamy. Czasami prawie do południa.
Piękne chwile, ukradzione zapełnionej do granic możliwości agendzie męża.
Znienacka zapytałam go co by zrobił gdybym nagle, z jakiegoś tajemniczego powodu, zupełnie wyzdrowiała.
Mężczyzna podniósł głowę znad czytanej prasy i krótko odpowiedział:
– od razu bym ci łeb ukręcił.
Podsumowując: moje życie zawdzięczam mojej chorobie.
Amen.